...

sobota, 25 lutego 2017

Staroci część II


Aż do końca szkoły podstawowej rzadko opuszczałam dom. Byłam tylko parę razy u cioci w Nowej Hucie. Ciocia miała córkę w moim wieku. Znałyśmy się dobrze i lubiły – cała rodzina spędzała większość wakacji na wsi u naszej babci – rzut beretem od mojego domu. Te wyjazdy były raczej krótkie, parę razy zabrano mnie do kina, trochę poznałam życie miejskie, ale raczej od strony osiedlowych blokowisk. Może raz byłyśmy na Rynku w Krakowie. Centrum miasta znałam bardziej z wyjazdów z mamą – co jakiś czas musiałam jeździć do okulisty, więc przy okazji trochę chodziłyśmy po mieście. Taki wyjazd to w ogóle była niezła przygoda. Najpierw trzeba było lecieć do autobusu – z 3 kilometry, potem godzina jazdy (wtedy jeszcze nie było korków;)). Wysiadałyśmy na dworcu głównym, którego ważnym obiektem był nieistniejący już bar Smok.

Fot. Krzysztof Kowalczyk

Dziś stoi tu Galeria Krakowska i wszystko wygląda zupełnie inaczej…
Właśnie do tego mlecznego baru kierowałyśmy swe pierwsze kroki. Tam, przy stoliku nakrytym ceratą, jadłyśmy śniadanie – ja zawsze bułkę z pastą jajeczną i kakao:)
Potem załatwiało się, co trzeba, robiło jakieś zakupy ubraniowo – spożywcze, jeśli wystarczyło czasu, to jadło obiad w jakimś innym barze po drodze (ruskie albo naleśniki) i około 15.00 wracało w okolice Pawiej, skąd jeździły autobusy robotnicze. Tym bowiem środkiem transportu ludność wiejska zwykła podróżować;) Tak to wtedy wyglądało – „pekaes” jeździł rzadko albo wręcz był odwoływany co i rusz, pozostawało więc wpychać się do autobusu wożącego robotników. Wiele osób pracowało w Krakowie, mój tato również. Te przedsiębiorstwa miały własny transport, a kierowcy chętnie zabierali podróżnych, bo mieli dodatkowy zarobek. Dopychano więc ludzi, ile się dało;) Dość długo na wieś jeździły poczciwe „ogórki”:




Śmierdziało w tych autobusach niemiłosiernie, a ja cierpiałam na chorobę lokomocyjną i – cóż, woreczki foliowe (przepraszam;)) bywały często w użyciu. Trudno się dziwić, że te wyjazdy były dla mnie sporym przeżyciem;)
Bodajże po klasie VI pojechałam po raz pierwszy i ostatni na letnie kolonie - do Torzymia pod Zieloną Górą. O mamusiu, jak ja to przeżyłam strasznie! Przez pierwszą połowę z tych 3 tygodni niesamowicie tęskniłam za domem. Kwaterowaliśmy w jakiejś szkole, kilkunastoosobowe sypialnie urządzono w salach. Nie potrafiłam się w ogóle zaaklimatyzować społecznie, wszystkiego się bałam i wstydziłam, trochę zaprzyjaźniłam się jedynie z jedną dziewczyną, podobną do mnie w tych kwestiach;) Ale okolica była śliczna – wokół lasy i jeziora, organizowano sporo wycieczek – obiektywnie rzecz biorąc, powinnam być zadowolona. Niestety nie byłam. Wszystko przez tę nieśmiałość, brak obycia, lękliwość. 
Poza tymi wyjazdami byłam raz w naprawdę wielkim mieście – w Warszawie. Pod Warszawą mieszkała moja inna ciocia, z jej córką utrzymywałam luźny kontakt, była ode mnie starsza. Pojechałam do nich na tydzień chyba, wujek obwoził nas po mieście, byłam w Wilanowie i paru innych miejscach. To było już pod koniec szkoły podstawowej.




… a potem skończyłam klasę VIII i…

jeszcze mała dygresyjka;)

Nie wiem, jak to jest teraz, ale wtedy w szkole podstawowej popularne były pamiętniki. Miałam i ja oczywiście. Wpisywały się koleżanki, rzadziej - koledzy, a często nauczyciele. Dwa pamiętniki mam do dziś. Z jednego usunęłam później wpis kolegi (młoda byłam i głupia, panie tego;), wydawało mi się, że za bardzo osobisty i ktoś jeszcze może pomyśleć coś... Eh, ale to były czasy zabawne...)
Te dwa pamiętniki pochodzą z ostatnich lat podstawówki i początków szkoły średniej.







Wracamy do tematu.
Wybrałam liceum o profilu pedagogicznym (chyba tylko dlatego, że mama była nauczycielką, bo żadnych innych powodów nie widzę, nie widzę też przede wszystkim żadnych predyspozycji;)) Od razu było wiadomo, że muszę mieszkać w internacie, bo dojeżdżać się od nas nie dało. Liceum było w wielkim mieście Nowa Huta;) 
Zamieszkałam więc w internacie…
Kierownikiem był osobnik żywo przypominający Pieroga z Jeżycjady (kto czytał, ten wie, o co chodzi) – zażywny, ciężki i łysy jegomość (o ksywie Łysy  - rzecz oczywista), a wychowawców było kilkoro, głównie kobiety, ale było też chyba z 3 mężczyzn.
Internat był koedukacyjny, pierwsze i drugie piętro zajmowali chłopcy, a na trzecim mieszkały dziewczyny. Na drugim piętrze, na wprost schodów (ważne miejsce strategiczno – obserwacyjne, zwłaszcza w koedukacyjnej placówce;)) była dyżurka wychowawców.
O godzinie 6 rano była pobudka ogłaszana, o ile pamiętam, dzwonkiem, po którym wychowawcy przechodzili jeszcze przez korytarze i budzili zaspaną młodzież. Przeważnie ograniczali się do stukania w drzwi, ale była też jedna starsza babka, o przezwisku – przepraszam niestety, ale – Ciota;), która wbiegała z krzykiem do pokojów, rozsuwała zasłony, otwierała okna, a czasami i zrzucała z delikwentów kołdry. Było to dość nielitościwe, zważywszy, że niektórzy uczyli się na zmianę popołudniową i do szkoły szli np. na 12.00. Z takimi działaniami ruszała też na piętra chłopaków, aż do momentu, w którym jeden z nich zrobił jej niespodziankę, kładąc się do łóżka goły. Ciota odrzuciła kołdrę… i cóż, wybiegła z pokoju zszokowana i oburzona;) Ciota lubiła też sprawdzać czystość i porządek w pokojach -  raz myślałyśmy, że zrobi dziurę w stole, bo w poszukiwaniu brudu tak długo tarła palcami o blat – ale, ku jej niezadowoleniu, blat okazał się być czysty;)
Wyposażenie sal było skromne: tapczany nakryte kraciastymi kocami, szafki nocne, zwane przez nas „nakastnikami” lub „nakastlikami”;), ścienne nieduże półki, duża szafa płycinowa i wielki stół na metalowych nogach. Pościel przywoziłyśmy własną, podobnie, jak obrus, zasłony czy firanki. U chłopaków najczęściej okna były łyse, a stoły nigdy nie widziały obrusa;
Oczywiście, w ramach obłaskawiania tak niemiłego wnętrza, ściany na poziomie lamperii obrastały w plakaty, a na półkach obok książek pojawiały się jakże lubiane wówczas ozdoby w postaci pustych opakowań po dezodorantach;)
Łazienka była wielką, zimną salą, z rzędami umywalek pod ścianami, oraz dwoma brodzikami – początkowo nawet bez żadnych zasłon. Woda bywała gorąca w godzinach albo nocnych, albo baaardzo wczesnoporannych, a kiedy się już trafiła w innej porze, leciałyśmy wszystkie się wykąpać lub przynajmniej umyć głowę, ale zazwyczaj trzeba było się myć w letniej, albo wręcz zimnej. Ubikacje były koszmarne, wiecznie zapchane i z otwierającymi się drzwiami. W ogóle budynek wyglądał mało przyjaźnie, ale tak było raczej wszędzie. Wejścia strzegł portier, zwany Dziadkiem, ten z kolei – jak sobie teraz uświadomiłam – podobny był do kolejnej postaci z Jeżycjady – woźnego Jankowiaka;) W holu na parterze rezydowała para dyżurnych – każdy z mieszkańców miał okazję pełnić tę funkcję, przy tym, o ile dobrze pamiętam, wiązała się ona z usprawiedliwionym zwolnieniem ze szkoły w tym dniu, co było przyjemne;) Dyżurni np. biegali do po osoby, do których ktoś przyszedł w odwiedziny (do sal nie wolno było wchodzić obcym). 
Patrząc z perspektywy, moment, w którym trafiłam do internatu zapoczątkował trwające do dziś wspaniałe zjawisko. Otóż – czuję się osobą niezwykle obdarowaną szczęściem do spotykanych na swej drodze ludzi!
Moją współlokatorką została dziewczyna, którą określić mogę mianem bratniej duszy. To był cud, bo bałam się przeokropnie tego wszystkiego – nowa szkoła, internat – do tego internat koedukacyjny, z mieszanką ludzi z techników, zawodówek różnych maści i w tamtym momencie chyba 2 sztuki z liceum, właśnie Krysia no i ja. Krystyna chodziła jednak do innej szkoły (nasze licea nie miały własnych internatów, tylko miejsca w różnych tego typu placówkach).
W pokoju było nas w sumie cztery: Krysia,  Kasia ze szkoły chemicznej, Ula – zdaje się, że z odzieżówki, ale już tego nie pamiętam, i ja. Tak się złożyło, że wszystkie od razu bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, co nie było wcale regułą w internatowych zwyczajach;). Krystyna – śliczna ciemnowłosa dziewczyna o bardzo opiekuńczej, życzliwej naturze, racjonalnym podejściu do życia, mocnym charakterze, a jednocześnie wrażliwa i marzycielska,  Ula – na początku bardzo cichutka, aczkolwiek, jak się później okazało, wcale nie nieśmiała, o wyglądzie przypominającym niektórym Oshin (kto pamięta ten serial?)


...Kasia,  ufna, słodka romantyczka zakochana w Dieterze Bohlenie



...ale nie gardząca również śmiało rozwijającą się wówczas muzyką Disco Polo, patrząca na świat  przez różowe okulary – przez pierwszy rok wspólnego mieszkania stworzyłyśmy zgraną paczkę.


W kolejnym roku w internacie zamieszkała siostra Krystyny, Alina. Pokoje w tym czasie przeorganizowano z cztero- na trzyosobowe, musiałyśmy więc trochę pogłówkować, żeby nam się nadal tak miło żyło. Za obopólnym porozumieniem Alina dołączyła do mnie i Krysi, a Kasia i Ula zamieszkały z drugą Kasią – bardzo do nas pasującą koleżanką Aliny ze szkoły odzieżowej. Tak powstały 2 zaprzyjaźnione składy. Kolejna Kasia, która miała w zasadzie na imię Marta, ale nigdy nie używała tego imienia, była skromną, prostolinijną, rozsądną i pogodną dziewczyną. Siostra Krysi – Alina, niewysokie, roześmiane i piegowate dziewczę z  masą wdzięku i uroku osobistego, wprowadziła w naszą dość spokojną internatową egzystencję masę atrakcji, była bowiem typem niezwykle śmiałym, towarzyskim i łatwo nawiązującym kontakty.
Czasy internatowe – zupełnie nieoczekiwanie - okazały się dla mnie cudowną przygodą! Owszem, trzeba było wkuwać, ale ten obowiązek osładzało kwitnące życie towarzyskie. Wspominam je jako pasmo nieustannego śmiechu, wygłupów i zabawy:)

Wszystkie oprócz Uli. Napis na taśmie z papieru toaletowego głosi: "THE CURE" ;)))

Krysia, Kasia - romantyczka i ja boczkiem;)

z Krysią na moim tapczanie:)

Zapraszamy do reklamy:)


Z Krysią i Aliną przed internatem. W bluzie Krysi;)
W tamtych czasach zdecydowanie wolałam siebie bez okularów...


Ciąg dalszy.... nastąpi:)

czwartek, 9 lutego 2017

Znowu starocie

Ten wpis miał być o czymś zupełnie innym. Mam za sobą trudny czas. Ale chyba jeszcze muszę się zastanowić, czy pisać o tym wszystkim na blogu.

Mam teraz więcej wolnego i niedawno przeglądałam albumy ze zdjęciami, więc to pewnie dlatego zachciało mi się znowu wrócić do przeszłości.

Tak sobie pomyślałam, że żyję w ciekawych czasach. Potem pomyślałam sobie, że moi rodzice też żyli w ciekawych czasach. Kolejna myśl dotyczyła  moich dziadków, którzy – jakże zaskakujące;) – żyli według mnie w bardzo w ciekawych czasach. Następnie doszłam do wniosku, że mogłabym tak się cofać do pra pra pra pra i jeszcze raz praprzodków i zawsze można byłoby powiedzieć, że żyli oni w ciekawych czasach;)
A dziś temat bliski osobom urodzonym w okolicach końca lat 60 – tych i początku 70 – tych.
Czas, który niestety, a może na szczęście;) dla mojej pamięci poukładał się w zlepek własnych wspomnień, opowieści rodzinnych, kadrów z seriali i filmów o tamtych czasach. I już sama nie wiem, co jest prawdą, a co sobie moja pamięć przywłaszczyła po kilkukrotnym  obejrzeniu „Daleko od szosy”;)



No żartuję sobie teraz, ale naprawdę niektóre fragmenty tego serialu przyprawiają moje serce o drżenie i wywołują dziwne uczucia. Może dlatego, że widzę w tych klimatach moich rodziców – pięknych, młodych i zdrowych, cieszących się życiem pomimo różnych trudności peerelowskich? 
Kiedyś już pisałam o moim wczesnym dzieciństwie, które spędziłam u dziadków, i choć nie było mi tam źle, to bardzo długo pierwszym wspomnieniem z tamtych czasów było  uczucie przejmującej tęsknoty za rodzicami. Psycholog miałby zapewne wiele do powiedzenia o wpływie takich sytuacji na rozwój dziecka;)
Wkrótce po powrocie od dziadków  poszłam do przedszkola i po roku - do szkoły. Byłam bardzo nieśmiała, wstydliwa, słabo nawiązywałam kontakty z rówieśnikami. Nie rzucało się to tak w oczy, bo umiałam się maskować, unikałam z wielką umiejętnością sytuacji dla mnie niewygodnych i wszystko dusiłam w sobie. Uciekałam w świat książek i czytałam bez umiaru - w domu kiedy tylko się dało,  w nocy pod kołdrą przy latarce (swoją drogą od wielu osób słyszę, że wpadły dokładnie na ten sam pomysł;)), w szkole na każdej przerwie, a bywało, że i na lekcjach. Biblioteka była moim ulubionym miejscem w szkole. Dziś widzę, jak słabo była wyposażona, jak przypadkowe książki się mi trafiały, jakie później miałam braki w lekturze (bo że w księgarniach przez długi czas wiele nie było, to nie musze nawet pisać, jedynie dzięki „znajomej” sprzedawczyni mój tato zdobył dla mnie  - spod lady - kilka tomów „Ani…”, dlatego poznałam jej historię zaczynając od „Ani na uniwersytecie”, a pierwszą część to chyba przeczytałam pod koniec). Jednak każdy wyjazd mamy do miasta nie obył się bez nowej książki, a nawet kilku. Od czasu do czasu przyjeżdżała też kuzynka z miasta z jakąś książką z jej biblioteki (tak zetknęłam się po raz pierwszy z Musierowicz – była to „Szósta klepka”, która wywołała u mnie spazmy zachwytu;)) Kuzynka niestety przyjeżdżała rzadko, a czytać to lubiła tak sobie… Dostałam też stosik książek od mojej innej kuzynki, starszej o 6 lat, kiedy ona już z nich „wyrosła”.
Kiedy byłam w I klasie, urodził się mój brat, o całe 7 lat młodszy ode mnie. Jak to bywało w tamtych czasach, musiałam się nim zajmować, a najlepiej wychodziło mi usypianie – zasypiał w wózku i pomagało mu w tym energiczne bujanie. Wyglądało to tak, że siadałam na krześle przy wózku, na wózku opierałam swoje stopy, do rąk brałam książkę i tak sobie czytałam, poruszając wózek z zawartością napędem nożnym;) Bratu to nie przeszkadzało…
Chyba byłam dziwnym dzieckiem, bo nawet podręczniki do języka polskiego wzbudzały we mnie przyjemny dreszczyk emocji, przeważnie dostawało się je już przed wakacjami od starszego rocznika i do września miałam przeczytane w całości;) Cóż, te książki były dla mnie po prostu ciekawe. I jak ładnie ilustrowane! Np. uwielbiałam "Mam 6 lat" właśnie za te slodkie ilustracje:






"Litery" tez były niczego sobie:





A tu miałam podwójne wydanie, różniły się niewiele.







Nie znalazłam jeszcze "W szkole i na wakacjach", też była świetna.


Wkrótce oczywiście  okazało się, że muszę nosić okulary, doszedł więc kolejny powód do wstydu – tak to wtedy bywało, do tego okulary wtedy były okropnie nietwarzowe, wystarczy przypomnieć sobie Kukulską z czasów „Puszka – Okruszka”;): 


Tak wyglądałam jeszcze bez okularków, chyba w czasach przedszkolnych:


Byłam w III klasie, kiedy przeprowadziliśmy się do własnego domu. Budowany był typowo dla tamtych lat - systemem gospodarczym, głównie przez mojego tatę. Działka była od dziadków, położona blisko ich siedliska. Budowa domu to była cała epopeja, ciężko było o materiały, wprowadziliśmy się po 7 latach od rozpoczęcia budowy, nadal nie mieliśmy łazienki, bo woda w kranie nie miała odpowiedniego ciśnienia, wodę do mycia grzało się na piecyku elektrycznym w wielkim garze, w kuchni stanął blaszany piec na węgiel, była też mała kuchenka gazowa, a gaz z butli (tak jest u nas na wsi dotychczas), kiedy gaz się kończył, trzeba było zamawiać przywóz nowej butli, chodziło się do sołtysa, bo tylko on miał telefon, albo dzwoniło się ze szkoły;). Na szczęście było już centralne ogrzewanie. Meble mieliśmy mocno kombinowane, było bardzo biednie, ale radość z własnego domu była ogromna, choć wykańczaliśmy go przez wiele kolejnych lat.  Przeprowadzka spowodowała, że droga do szkoły wydłużyła mi się dwukrotnie. Najpierw szło się przez wieś. Nie było jeszcze asfaltu, droga była kamienista, nieraz zdarzało się znalezisko w postaci kamienia z błyszczącymi kryształkami. Kawałek za wsią skręcało się w wąziutką ścieżkę między polami i tak dochodziło się do gospodarstwa, od którego ciągnęła się szersza, ubita droga, łącząca się już ze zwykłą drogą, prowadzącą do szkoły. Zimą droga bywała ciężka - zaspy, albo błoto. Najmilej wspominam wędrówki ścieżką pod koniec lutego, kiedy słońce mocno grzało, puszczały lody, śnieg topniał i ciurkając, spływał wąziutkimi strumyczkami w pola. Często śpiewały już skowronki, a powietrze pachniało wiosną, czułam wtedy ogromną radość. Później, w okolicach maja i czerwca, droga była równie przyjemna, zboża wyrastały za kolana, robiło się z nich „trąbki”;) Nie wiem, czy to ktoś zna? Po prostu zrywało się łodyżkę, odgryzało część bez „kolanek” i powstawał taki niby gwizdek;)  Przychodził w końcu czas, że do szkoły szło się „z gołymi nogami” – oznaka zbliżającego się lata i wyczekiwanych wakacji. Jesienią z kolei w gospodarstwie mijanym po drodze zbierało się jabłka – niesamowicie ogromne, nie wiem, co to była za odmiana, dawno takich nie widziałam, kształt miały podłużny, a smak wyjątkowy.
Z nauką nie miałam problemów, bo szczerze mówiąc, poziom był niski, a dodatkowo, jako dziecko nauczycielskie, byłam traktowana pobłażliwie, choć ustne wypowiedzi z powodów lękowych już wtedy wypadały gorzej, niż pisanie.
 Jakoś tak chyba w IV czy V klasie dostał nam się nowy „pan od muzyki”. Na umiejętności nauczycielki, która wcześniej została ubrana w ten niewdzięczny (dla niej wyjątkowo) przedmiot, spuśćmy zasłonę milczenia;) Nowy pan grał na pianinie, świetnie śpiewał i wkrótce został założony chór szkolny. Załapałam się, choć nie bez oporów. Ale co innego śpiew solowy, a co innego w chórze, więc jakoś się przemogłam. Głosik miałam dość cichy, ale słuch bardzo dobry, barwa do wytrzymania, więc dało radę. Próby wyglądały tak, że najpierw śpiewaliśmy to, co lubimy, potem „pan od muzyki” produkował się solo w aktualnych przebojach (do dziś brzmi mi  głowie jego „Jolka, Jolka, pamiętasz…;)), a potem ćwiczyliśmy repertuar na akademie lub wyjazdy konkursowe. Obstawialiśmy nawet festiwale piosenki harcerskiej, choć do Harcerstwa mało kto z nas należał;) Ja na przykład – nie – a mundurek harcerski miałam pożyczany w razie potrzeby. Raz nawet zdobyliśmy III miejsce w przeglądzie piosenki harcerskiej w Krakowie, a więc przy dość dużej konkurencji – co znaczy, że prezentowaliśmy chyba całkiem dobry poziom;)
W tym samym chyba czasie zaczęła uczyć w naszej szkole nowa polonistka, pani Teresa, osoba młoda, dość ekstrawagancka (jak na nasze wiejskie standardy lat 70 – tych;)) Ciemnowłosa, ostrzyżona na nastroszonego jeżyka, ubrana zupełnie inaczej, niż wszyscy, była powiewem innego świata. Razem z mężem (też nauczycielem) i małą córeczką mieszkała „u ludzi” (podobnie, jak i wcześniej my), bo wtedy takie były warunki – gmina wynajmowała przyjezdnym nauczycielom mieszkania w domach. A że na wsi budowało się wówczas domy wg jednego projektu (prawie), to w każdym z takich domów „dół”, czyli parter, a czasami nawet i sutereny, użytkowane były przez gospodarzy, a „góra” – piętro – przeważnie było puste i zimą nieogrzewane, lub też trafiała się okazja do zarobienia – właśnie dzięki napływowym nauczycielom. Niekiedy trafiała się w tych domach nawet prawdziwa łazienka, niestety  nie nam;)
Jako jedyna z grona pedagogicznego, pani Teresa wymagała ode mnie więcej, niż od innych, ale też i motywowała do pracy. Byłam u niej kilka razy w domu – pierwszy raz piłam tam kakao z pianką, czyli z bitą śmietaną – u mnie w domu jakoś się nie robiło takich smakołyków. Podobało mi się jej mieszkanie – urządzone zupełnie inaczej, niż wszędzie. Brak było typowych meblościanek, królowały sosnowe półki z książkami, zamiast tradycyjnej wersalki stało drewniane proste łóżko nakryte wełnianą (chyba) narzutą). Pożyczała mi książki, a miała wiele tych dla dzieci i młodzieży.
Z całej szkoły podstawowej są to najmilsze wspomnienia – Pani Teresa,  te próby, wyjazdy, i jeszcze 2 sławetne przedstawienia, przygotowane na coroczną zabawę choinkową (zawsze na koniec pierwszego semestru odbywała się taka zabawa – najpierw część artystyczna, później zabawa taneczna dla uczniów, a potem dla dorosłych). Jedno przedstawienie to była „Balladyna”, w swobodnej muzyczno – słownej interpretacji;), a drugie – „Kopciuszek” w podobnej wersji, (zdaje się Brzechwy – było też takie przedstawienie w tv), oba występy odniosły szalony sukces, oczywiście bez mojego udziału, bo aktorskich doświadczeń sobie poskąpiłam, ale śpiewałam tam w chórkach, a próby, jak i same przedstawienia były przezabawne.

Zapomniałabym o jeszcze jednej atrakcji szkolnej, jaką były wizyty kina objazdowego. Taaak… Odwoływano lekcje, wszyscy schodzili z krzesłami do sali gimnastycznej, zaciągano zasłony, rozwieszano wielki ekran i… Przeważnie były to czechosłowackie wersje baśni – emitowała je też telewizja swego czasu, najbardziej utkwiła mi w pamięci „Piękna i Potwór”,  („Piękna i Bestia?”), pięknie nakręcony film, z poruszającą muzyką i specyficznym klimatem.


No a potem skończyłam klasę VIII i trafiłam z małej wioski do wielkiego miasta;)
O czym ciąg dalszy nastąpi... prawdopodobnie:)

Pozdrawiam:)

PS Czy takie długie wpisy nie są przypadkiem zbyt nużące dla potencjalnych odbiorców?

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Inna niedziela


Cudny poranek. 
Wstałam o 6.30, co raczej rzadko mi się zdarza w niedzielę. Wybierałam się do miasta, a bus w niedzielę ode mnie rano to tylko o 5.10. Nie potrzebowałam aż tak wcześnie jechać, poszłam sobie więc do sąsiedniej miejscowości na przystanek, bo stamtąd akurat o 7.45 busik miałam. Idę więc asfaltówką wśród pól, wszędzie już zaorane, dawno po żniwach. Trochę nieużytków z coraz bardziej złotą nawłocią (tymi „mimozami” jesień się zaczyna?;)) Balon leci sobie w oddali – w takie dni, jak dzisiejszy, często latają po okolicy. Zawsze sobie myślę, że chciałbym widzieć, to co jego pasażerowie, ale za żadne skarby nie odważę się wsiąść;)
Robi się przyjemnie ciepło, a ja maszeruję szybkim krokiem z górki, żeby zdążyć, bo kontemplując widoczki, trochę zamarudziłam. W busie praktycznie przez całą drogę słucham jednej piosenki. Niestety, mam już chyba bzika na jej punkcie. Nowa Anita Lipnicka – „Ptasiek”. Pokochałam od pierwszego wysłuchania w Trójce. Praktycznie codziennie sobie nucę, bo już znam na pamięć.

Czy pamiętasz jeszcze mnie
Dziewczynę z rzeką w tle…

Ale szybko otrząsam się z tego melancholijnego nastroju, bo pod słynną Halą Targową czeka już na mnie moja przyjaciółka, która, wiedząc, że i tak będę w Krakowie, namówiła mnie całkiem znienacka na buszowanie po giełdzie staroci. I - nie wiadomo kiedy - przelatują nam ponad 3 godziny.



Najczęściej wymieniamy westchnienia typu: „no faaajne… szkoda, że już nie mam miejsca...”, "kurcze, że też nie mam samochodu (nie mówiąc o prawie jazdy), do busa nie wezmę", jak również (Ona): „no nie mogę, bo mąż mnie w końcu wyrzuci z domu…”;)))

Pies ma okulary przeciwsłoneczne;)



Wcale nie obejrzałyśmy wszystkiego! Wychodzimy jednak w końcu całkiem usatysfakcjonowane, każda z własnymi łupami. Moje wzbudziły lekkie zdziwienie i rozbawienie u pana sprzedającego. No bo po co babie coś takiego?:



No cóż, mam takie skłonności… No ale przyznajcie - czyż nie są piękne???;)
Dodatkowo, w ostatniej chwili zerkam na stół z książkami i dziwnym trafem znajduję kilka (6!) Agat Christie do mojej niepełnej jeszcze kolekcji – a liczy ona już grubo ponad 60 tytułów. W domu zorientowałam się, że jednak trafił mi się jeden dubel, ale nic to;)))

Dwa kroki od Hali Targowej jest ulica Kopernika. Specyficzna ulica. I inny świat…
W tych budynkach jest zawsze tak duszno, kiedy się wchodzi. Niektóre części wyremontowane, inne czekają wciąż na lepsze czasy. Na dachu lądowisko dla helikopterów, a 2 piętra niżej obskurnie i niemiło. Młodziutka pani sprzątająca obstrzyżona na rekrucika, wydaje się oschła i gderliwa, ale to tylko pozory. Nagle toczy się rozmowa o tym, co dawali na otwarciu nowego Lidla (kiedyś widziałam ją i skojarzyłam, że skądś znam, zdążyłam więc dzień dobry powiedzieć), i czy ta chusta, co ją mam narzuconą na sukienkę,  to na szydełku zrobiona; ona umie, tylko jej się nie chce robić. Z resztą, ma taką samą, tylko… inną;) Czasami uśmiech wystarczy, parę słów.
Lekarze. Młoda, bardzo poważna, może smutna nawet, już dr hab. Kiedy ją widywałam dawniej na korytarzu, myślałam, że… No, szkoda nawet pisać, jak pozory mylą, kolejna nauczka dla mnie. Cudowny człowiek. Od paru razy lekarka prowadząca. W podbramkowej sytuacji zadziałała tak, że płakać się chciało z wdzięczności (całkowite przeciwieństwo kogoś innego). Lekarz rehabilitacji – kolejna cudowna osoba. Z daleka się uśmiecha, wita (pamięta imię!), kilka ciepłych słów, od razu jakby mniej boli, sił przybywa. Znowu – tak niewiele trzeba, tak wiele to daje.
Pielęgniarki zabiegane, jak zwykle. Tu zmienić pampersa, wynieść kaczkę, tam wziąć pod prysznic kogoś. Kroplówka się kończy. Obiad już jedzie, tego pana trzeba pokarmić. W kolejnej sali dwóch do karmienia. I jeszcze następna pani. Nieraz bywa cięższy dzień, coś się komplikuje, opóźnia. Tak było w piątek.
Czekanie na łóżko - po (planowym) przyjęciu – od 8.30 do 17.00 na korytarzu. Pan będzie na dwójce, jak pacjent zwolni łóżko, tylko, że po niego ma przyjechać transport medyczny i nie wiadomo o której, może być i o 19.00. A tu siedzieć się nie da, boli. Zazwyczaj o 12.00 – 13.00 jest się już na swojej sali, tym razem obiad jedzony na korytarzu. Panie pielęgniarki  litują się w końcu i wywożą przed 15.00  jakieś zwolnione  łóżko z innej sali na korytarz, szybko zmieniają pościel, można się położyć. No to jeszcze ekg zrobimy. Kurcze, sprzęt nie działa. Przedłużacz chyba zepsuty. Może w innym gniazdku? O, działa teraz. Tylko elektrody się nie chcą zassać. Przytrzymuję ręką, już kiedyś było tak samo. Zrobione. A spojrzenie pielęgniarki bardzo zmęczone. Jest tu od rana, widzę ją cały dzień. Jeszcze wkłucie, wenflon, żeby od razu kroplówkę podłączyć. Bardzo delikatnie. Immunoglobuliny płyną. To ja pójdę teraz na szybkie zakupy, zapomniałam spakować podkoszulków na zmianę, nie wiem, jak to się stało! Może kupię, żebyś choć jeden miał na razie na zapas. Soki, kefirki koniecznie. To idę.  W korytarzu mijam się jeszcze z panią z rejestracji, idzie do domu, pamięta mnie już, uśmiecha się i mówi: do jutra! A nie, przecież jutro sobota, to do poniedziałku! Lecę do Galerii Krakowskiej, kupuję, co potrzeba, nawet ten podkoszulek (woli podkoszulki, niż piżamy, najlepiej żeby był z długim rękawem, ale cienki, tylko ten rękaw dość szeroki, bo wszystko uwiera, nadwrażliwość na dotyk). Wracam, śpi na tym łóżku na korytarzu. Kroplówka zeszła już. Usnąłem, wystarczyła godzina i od razu lepiej się czuję.
Czekamy, aż będzie to wolne miejsce pod dwójką. Rozmowy. Młody chłopak,  z 17 lat, może 20, na wózku. Pojechałem na badanie, piętro niżej. Trzeba się położyć na leżance, ja nie dam rady z wózka się tak wysoko przerzucić. W domu wszystko na kolanach robię, tak mi najwygodniej i daję radę, tylko muszę mieć na poziomie wózka. A oni w trzech mnie podnosili i upuścili! Nic mi się nie stało. (śmieje się) A tłumaczyłem, jak to trzeba zrobić, tylko nikt nie słucha… Kolega z sali sam jeden mnie podnosi. Do wc, pod prysznic. I da radę, bo trzeba wiedzieć, jak. Ale trzeba posłuchać, jak tłumaczę… No i nie zrobili mi tego badania, przyjechałem z powrotem (znowu się śmieje, w ogóle on cały czas jest uśmiechnięty). Mają w poniedziałek zrobić, będę tu siedział bezczynnie, masakra, a kolega sobie dziś wychodzi, samolub jeden (znów śmiech, kolega siedzi z nami, też się śmieje). Telewizora nawet na monety nie ma, trzeba jeździć na SOR. Książka? Mam, ale powoli czytam, żeby na dłużej wystarczyło. A gdzie nasz sąsiad? (pyta kolegę, on zagląda do sali). – jest, jest. Musimy go pilnować, bo ma zaniki pamięci, albo coś w tym stylu, na razie dochodzi do windy, dalej jeszcze nam nie uciekł – śmieją się.
W końcu o 17.00 na sali, rozpakowuję, układam w szafce rzeczy. Przywożą kolację.
Kiedy o 18.00 wychodzę, młody na wózku gada z paroma innymi pacjentami przy głównym wejściu. Uśmiech już z daleka. No właśnie, zaraz na SOR na telewizję idziemy, do widzenia!

Dziś – sala pełna, przy każdym łóżku odwiedzający. Trochę zamieszania, no i duszno, gorąco. Będzie lało, jak nic. Zaraz obiad, już słychać wózek na korytarzu. Obiady ostatnio są dobre, nie przywoź czasem z domu, bo nie dam rady tego przejeść! Ciasto – tak:) Ulubione, z jabłkiem. Mama specjalnie piekła! Ogórki kiszone też przywiozłam. Soki kupiłam, ale zapomniałam mineralnej, to polecę. Nie pamiętam, że barek na dole w niedzielę nieczynny, wracam, wychodzę do kiosku przy SOR. Zaczyna padać deszcz. Nie zabrałam z domu parasola. Rano było tak pięknie, mam na sobie cienką sukienkę i tę chustę. Już jesteś? Tak szybko? No niedaleko jest kiosk na szczęście. Wszystko tam mają, nawet piżamę, jakby ktoś potrzebował;) Kawa? Kawę już piłem, przed południem sąsiad mi zrobił. Słychać helikopter, będzie lądował, już wiemy, że trzeba szybko pozamykać okna, bo zawsze wpada strasznie dużo śmieci. zamykamy. Za chwilę wchodzi pani sprzątająca. Chwali nas;) No to golenie teraz. I mycie. Plaster przeciwbólowy pielęgniarka zostawiła, żeby nakleić na plecy po umyciu, wpisuję datę (co 3 dni się zmienia) i przyklejam. A u nas na wsi dziś dożynki gminne. Opowiadam, jak idą przygotowania (intensywne od kilku dni), śmiejemy się, bo opisuję dekoracje, które wczoraj już podglądałam z aparatem. 










Fajne, prawda? :)))

No to leć już, dziecko, bo nie zdążysz. Lecę więc, jeszcze sobie szybkie zakupy zrobię do domu, bus o 16.00. Swoją drogą, czy ja zawsze muszę tak biegać? Tak wychodzi... Kiedy dobiegam do przystanku, leje już coraz bardziej, zaczyna wiać i zimno mi w tej sukience podfruwajce. Macham na kierowcę, zatrzymuje mi się na wprost przystanku, wsiadam i udaje mi się prawie nie zmoknąć. Całą drogę do domu leje. No to ładne mają dożynki… Szkoda, tak się przygotowywali, a tu pogoda paskudna się zrobiła. Wysiadam, samochody wzdłuż drogi daleko, ludzie deszczu się nie boją! Parę namiotów, parasole. Ktoś coś mówi do mikrofonu. Część oficjalna już była, teraz jakieś konkursy. Dzieci biegają, dziewczyny w wieku okołogimnazjalnym godnie spacerują grupkami z orbitującymi w odpowiedniej odległości grupkami chłopaków w wieku podobnym. Śmiechy, nawoływania. Jest ciepło nadal. Ale ja nie mam parasola, biegnę więc (znowu!)  przez kaluże do domu, dobrze, że mam blisko.

Już po 24.00. Zabawa taneczna na zakończenie imprezy trwa. Mam otwarte okna, do remizy rzut beretem. Właśnie głos wzmocniony mikrofonem obwieścił, że bawimy się do białego rana. Och… Nawet po zamknięciu okna słyszę wyraźnie: „ruda tańczy, jak szaloona”. Nocka z głowy;)

wtorek, 16 sierpnia 2016

Nigdy nie mów nigdy...

...czyli koniec z chlebusiem?

Tak, tak... Nie myślałam, że to mnie kiedyś spotka. Rozstanie z najulubieńszym jedzeniem - żegnaj chlebie z masłem. Cóż, nie powiem, że to było łatwe. Piekłam swój, orkiszowy, na zakwasie. Pyszny był. Nieraz o tym pisałam, pokazywałam. 
Ale zaczęło się od innych zmian. 


Już jakiś czas przed zdiagnozowaniem hashimoto zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to, co jem - akurat wtedy trafiłam na książkę "Zamień chemię na jedzenie" Julity Bator, tam jest masę porad, czego unikać, więc wyszukiwałam produkty o sensownym składzie, bez szkodliwych składników. Czytanie składu weszło mi w nawyk, nauczyłam się nie kupować niczego bez analizy etykiety. Po diagnozie rzuciłam się oczywiście w odmęty sieci, wtedy dopiero tak naprawdę dowiedziałam się, jakie mogą być objawy hashimoto, że jest to choroba rzutująca na funkcjonowanie całego organizmu, wcale nie taka prosta w leczeniu - a w zasadzie nie dająca się wyleczyć. Endokrynolog zaraz na wstępie zapytała mnie, jak sobie radzę ze stresem. Bo stres ma duży wpływ na rozwój tej choroby. A ja niestety ze stresem radzę sobie dość słabo... Zleciła mi badanie poziomu witaminy D - miałam sporo poniżej normy, więc od razu suplementacja. Miałam podwyższone przeciwciała, silną anemię, poziom żelaza tragiczny. Ciągle chciało mi się spać, zapominałam, co miałam zrobić, ciągle czegoś szukałam, bo zapominałam, gdzie odłożyłam, w pracy mieli ze mnie ubaw niezły. Okazuje się, że problemy z tarczycą mogą dawać takie objawy. Czytałam, czytałam i zaczęłam się trochę przerażać, bo wychodziło na to, że będę musiała mocno zmnienić swoje zwyczaje żywieniowe. Wszyscy trąbili o glutenie, mleku, psiankowatych, a w dalszej kolejności nawet o kaszach, strączkach, nasionach - wszystko szkodzi tarczycy! Ja na początek postanowiłam odstawić gluten (czywiście nie stosuję ścisłej diety bezglutenowej, jak przy celiakii, kupuję produkty mogące zawierać śladowe ilości glutenu). Mając w pamięci wspomnianą książkę, nie odważyłam się na kupowanie chlebów bezglutenowych, bo skład mają dość przerażający. Nie wiedziałam, jak dam radę bez chleba, szukałam więc przepisu na jakiś bez glutenu, w końcu trafiłam na chleb z kaszy gryczanej. Tylko niepalona kasza, woda i sól - bardzo prosty przepis, a chleb jest całkiem dobry, jesli komuś nie przeszkadza ten charakterystyczny posmak gryki. Nie piekę go zbyt często, ale jest to jakaś alternatywa.   


No, ale przecież i tak nie samym chlebem człowiek żyje;) Zaczęłam jeść więcej kasz (gryczana, jaglana), qinoa - w połączeniu z sałatą, gotowanymi lub pieczonymi warzywami, do tego pestki z dyni, przyprawy. Fasolka. Ciecierzyca. Soczewica. Dużo warzyw. Zupy - najczęściej kremy warzywne, z batatem, marchewką, dynią, cukinią. W internecie jest masa przepisów. Na poczatku szukałam, teraz raczej improwizuję sama. 


Codziennie sok z marchewki. No i owoce - rożne. Płatki owsiane bezglutenowe. Naleśniki z kaszy gryczanej, z mąki z ciecierzycy. Wiejskie jajka. Mięsa nie lubię. Nie smażę na tłuszczu, w ogóle mało smażę, czasami robię placki warzywne na patelni ceramicznej. Tłuszczu dodanego jem niewiele, podduszam do zup cebulę lub pora na maśle klarowanym, albo na oleju kokosowym. Ale jem orzechy, a czasem awokado (nie przepadam, choc zdrowe bardzo). Mam za to słabość do tahini... No, ale to źródło wapnia, więc się rozgrzeszam;)
Przestałam jeść produkty mleczne. O czasu do czasu robię mleko migdałowe. Można z nim robić koktajle -dzisiaj z truskawkami akurat - pyszny:)


Odstawiłam cukier. Nie znaczy to, że w ogóle nie słodzę. Nie używam cukru, zamiast niego mam miód, syrop klonowy, daktyle, rodzynki. Banany są bardzo słodkie -  te dojrzałe, z kropeczkami,  zmiksowane z zieleniną, to mój ulubiony deser. A jak je zamrozić, a potem zmiksować np. z mrożoną porzeczką - ma się cudne lody. 


Po kilku miesiącach od wprowadzenia tych wszystkich zmian zrobiłam ponowne badanie przeciwciał, okazało się, że spadły do niskiej normy, podobnie jak tsh i reszta tarczycowych. Cukier i insulina też się ustabilizowały. Chyba więc taka dieta działa. No i skutek uboczny - w ciągu roku zrzuciłam prawie 10 kg - bezboleśnie. Więcej już nie chudnę. Ciągle walczę ze skłonnością do anemii, ale jest lepiej. Letnie miesiące są fajne - własne truskawki, porzeczki, maliny. Mrożę, co się da. Mam swoje warzywa - dynie, cukinie, jarmuż, szpinak, sałaty, korzeniowe, cebulę,  pomidory. Cukinia świetnie się mrozi, a dynia przechowuje. Zapasy więc się robią:) 



Zupy i lody bananowe miksuję zwykłym blenderem ręcznym. Mleko migdałowe robię w kielichowym, dużym, z opcją kruszenia lodu. A do zielonych szejków i smoothies mam taki sprzęt z Lidla - Silver Crest:


Jest świetny, miksuje do aksamitnej konsystencji. Ma 2 pojemniki (tu wiekszy). Ma też drugie ostrze do mielenia sypkich produktów, robię tak np. makę owsianą z płatków. Szybko się myje, wolę go od kielichowego.
Ostatnio dość często używam maki kasztanowej (jest niestety dość droga), świetnej do omletoplacków na słodko, mieszam ją właśnie z mąką owsianą, do tego jajko, trochę wody, odrobina soli, sody oczyszczonej i smażę na patelni ceramicznej bez tłuszczu. Potem można polać musem owocowym, posypać kruszonym, surowym kakao - mmmm... Pyszna słabostka;) Ze słabostek zostawiłam też sobie kawę;)
Nie piję herbaty, tylko wodę. Pyszny jest sok marchewkowo - selerowy  marki Cymes, świeżo wyciskany, niepasteryzowany (kupuję w Biedronce;)) A gdy jestem w Lidlu, to zawsze skuszę się na sok ananasowy, świeży, jednodniowy.
Robię też zakupy bio produktów w Rossmanie (mają świetne spożywcze, ale też i kosmetyki).

Zmiany w odżywianiu podobno powodują też zmiany w światopoglądzie, myśleniu i  w ogóle podejściu do życia;) Coś w tym jest, bo i u mnie chyba tak to podziałało:) Wiedziałam z resztą, że muszę sobie wiele rzeczy w glowie poprzestawiać, zacząć w końcu skutecznie radzić sobie ze stresem - bo bez tego nawet dieta i leki nic nie pomogą! 

Pozdrawiam i do nastepnego:)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Życie jest piękne, szczególnie latem:)

Ale nie tylko latem.
Usilna praca nad sobą sprawiła, że nie obawiam się już jesieni i zimy! Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Chyba od dzieciństwa. Bowiem już 10 - latką będąc, o zimie i jesieni wolałam nie myśleć, marzyłam za to o zasypianiu koło października i budzeniu się w środku maja. No więc dziś oficjalnie ogłaszam: wszystkie pory roku są już dla mnie piękne:) Dla mnie to nowość, więc niech się nikt nie śmieje z tego oświadczenia!




Tegoroczne lato to już drugie lato mojej diety 4bez. Zaczęło się to wszystko od badania tsh, które zlecił mi kardiolog w zestawie badań różnych. Tsh wyszło sporo podwyższone, a więc dalsze badania w kierunku tarczycowym, no i w końcu trafiłam do endokrynolog, która potwierdziła to, na co wskazywały badania krwi i  usg - zapalenie tarczycy na tle autoimmunologicznym. Hashimoto. Dopiero wtedy zaczęłam grzebać w internetach i przeprowadzać telekonferencje z koleżanką chorujacą na hashi od kilku już lat. Okazało się, że istnieje bardzo silna grupa fejsbukowa w tym temacie, natomiast wiedza lekarzy o tej chorobie jest dość slaba, sporo endokrynologów ogranicza się do przepisania dawki hormonu i na tym koniec. A okazuje się, że odpowiednia dieta może mocno przyhamować, jeśli nie zastopować postęp choroby. Okazało się również, ze trafilam do endokrynolog, która nie patrzy jedynie na tsh, ale obejmuje całościowo pracę organizmu. Niestety, niezbędne jest zrobienie badań, które nie są refundowane, a są dość drogie (np. przeciwciała przeciwtarczycowe), a po jakimś czasie ich powtórzenie. Lekarka nie przepisała mi na początek hormonu, aczkolwiek dietetycznie też mną nie pokierowała jakoś szczególnie, oprócz diety niskosodowej i ograniczenia cukru (wyniki wskazywały, że jestem na dobrej drodze do insulinoodporności prowadzącej do cukrzycy).
A ja, kopiąc po internecie, trafiłam na stronę http://www.akademiawitalnosci.pl/ , gdzie znalazłam masę informacji o właściwym odżywianiu. I powiem Wam, zdziwiłam się. Bo wydawało mi się, że ja jem całkiem zdrowo. Ale nie. Nie jadłam zdrowo. Za mało owoców, za mało warzyw. Za dużo smażonego. Za dużo przetworzonego. Za mało pokarmów naprawdę wartościowych. Za mało wody! I sporo innych grzeszków.
Postanowiłam podjąć wyzwanie. Wziełam sobie do serca wskazówki znalezione na różnych blogach i forach poświęconych m.in. diecie w hashimoto (w tym komentarze osób stosujących te zalecenia i mających dobre efekty) i zaczęłam wprowadzać zmiany w odżywianiu. Stąd wzięła się moja dieta 4bez.

1. Bezglutenowo.
To był pierwszy etap. Przestałam jeść gluten - odstawiłam wszystkie mąki zawierające w sobie gluten, wszystkie produkty przetworzone z tym składnikiem. 
2. Bezcukrowo.
Niedługo po porzuceniu glutenu odstawiłam całkowicie cukier  - w sensie cukru z torebki (cukier biały, cukier brązowy, nierafinowany, trzcinowy itp.)
3. Bezmlecznie.
Po kilku miesiącach przestałam jeść wszelkie produkty mleczne (ze względu na kazeinę i laktozę), zostawiłam jedynie masło klarowane, które jest czystym tłuszczem. Edit: oraz czasami ser kozi;)))
4. Bezmięsnie.
Nie wiem kiedy to się stało, ale przestałam całkiem jeść mięso, czasami tylko rybka jakaś. Po prostu odrzuciło mnie jakoś samoistnie. 

" Ja bym tak nie mógła/nie mógł! Byłabym/byłbym cały czas glodna/głodny! 

To co ty w końcu jesz?????" 

To pytanie, które zadaje mi większość osób, kiedy rozmowa zejdzie na te tematy;)

Co ja jem... Dużo do opowiadania. Będzie w kolejnych wpisach, może kogoś zainteresuje, bo hashimoto ostatnio staje się szalenie modne;)

Pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze mnie pamiętają i którzy tu zaglądają:)

niedziela, 7 sierpnia 2016

Jestem:)


Powroty nie muszą być trudne. Dawno nic nie pisałam, ale dziś zalogowałam się, od ręki zrobiłam parę zmian na blogu i ... prąd mi wyłączyli;)
To było parę godzin temu, teraz kontynuuję:)
Trudno uwierzyć, że tyle minęło od mojego ostatniego wpisu. Nie pisałam, ale zaglądałam czasami w ulubione miejsca. W tak zwanym międzyczasie działo się u mnie różnie - oczywiście praca zawodowa (wciąż ta sama, i na szczęście nadal całkiem satysfakcjonująca), sporadycznie szycie (bardziej na specjalne zamówienia i kiermasze dobroczynne), sprawy rodzinno - zdrowotne (bardzo absorbujące i dość stresogenne), wreszcie - o czym kiedyś napiszę bardziej szczegółowo - całkowita zmiana w moim osobistym zakresie zdrowotno - żywieniowym (w skrócie: hashimoto = dieta 4 bez;) 
Poszukując wiadomości na temat hashimoto, dotarłam do ciekawych stron i blogów o tematyce związanej ze zdrowym stylem życia i przeróżnymi podejściami dietetycznymi. Część informacji mocno do mnie przemówiła i wiele z porad wypróbowałam na sobie, większość z dobrym skutkiem.
Poza tym - ciągle jestem w drodze... Nie w podróży, ale ciągle szukam. Pisałam kiedyś o roli wiary w moim życiu. Że dochodzi się do pewnych sądów, myśli, by po jakimś czasie  wszystko od nowa sobie układać. No więc znowu próbuję coś poukładać i wychodzą mi różne dziwne rzeczy;) Jeśli będę umiała należycie ubrać to w słowa, to możliwe, że coś się pojawi na blogu i w tym temacie.
Pozdrawiam Was serdecznie i do  następnego razu:)





czwartek, 12 marca 2015

smutno...

Zmarł Terry Pratchett... Jeden z moich ulubionych pisarzy. Całkiem niedawno go poznałam, co jest zasługą Anutka (jakoś do tej pory omijałam, nie wiem, czemu). Świat Dysku pochłonęłam w ciągu kilku miesięcy, jest tego trochę. Tak smutno, że już nic więcej...


czwartek, 5 marca 2015

roboczo

W zasadzie to Wielkanoc się czai za rogiem, a tutaj nadal choinka. Wstyd. 
Przebiśniegi kwitną.  Śnieg sypie. Słońce świeci. Deszcz zacina. Wiatr wieje. I tak w kółko  przez ostatnie dni, nawet burza raz była. Dziś jakby pogodniej i spokojniej, ale jeśli się ta pogoda nie ustabilizuje, to zwariuję, serio.
Cóż -  skowronki już są, szpaki też przyleciały, w pracy rozdali pit-y, więc wiosna!
Szyje się wiosennie, wielkanocnie, kiermaszowo. 
Pozdrawiam wszystkich, którzy już zwątpili w kontynuację tego bloga;)