...

niedziela, 25 marca 2018

Ach, to Ty!


Wiosna, wiosna!

Czyż nie cudne są te obłoki?



Przyszła, choć jej pierwszy dzień był bardziej zimowy, niż wiosenny, a cały wcześniejszy tydzień bardzo mroźny i śnieżny.



Na szczęście marcowe słońce grzeje całkiem nieźle, więc po śniegu prawie nie ma już śladu, z czego chyba najbardziej cieszą się ptaki. Przez ostatnie tygodnie poszło do karmników co najmniej 10 kg słonecznika, a dodatkowo kilka kg jabłek, które w tempie wyścigowym pochłaniały kosy i szpaki. A ja ten słonecznik wożę w plecaku z miasta na wieś…;) Kupuję zawsze w tej samej budce na Kleparzu, u takich miłych starszych państwa, oni teraz już z daleka wołają – to ile dziś tego słonecznika?;)) Mam wrażenie, że ile bym nie wysypała, to tyle zostałoby zjedzone przez całe chmary sikorek, wróbli, mazurków, zięb, dzwońców i pewnie jeszcze innych ptasich głodomorów. Przylatuje też grubodziób, sójki i para sierpówek. Oby już ta wiosna została na dobre, bo kręgosłup mi znowu zacznie szwankować;) Ale jak miło wędruje się o świcie na przystanek, kiedy dokoła rozbrzmiewa śpiew kosów! Uwielbiam te ich poranne i wieczorne trele i gwizdy.
Skowronki też uwielbiam... 

Tymczasem kolejne Święta za pasem, znowu kiermasze i znowu szycie:) Jak zwykle miałam zamiar zacząć wcześniej i szyć sobie po trochu, by potem nie ślęczeć godzinami przy maszynie i igle, ale jakoś znowu nie wyszło;)
 













No i tak szyłam i szyłam, a w międzyczasie dom mi całkiem kurzem zarósł;) Trzeba więc teraz schować maszynę i wziąć się za porządki. Na dodatek rączki świerzbią do prac ogródkowych, choć ledwie ziemia rozmarzła z wierzchu;) Dziś wysiałam wreszcie pomidory i papryczkę, dużo mniejsze ilości, niż dawniej, kiedy miałam szklarnię do dyspozycji. Jednak szklarnię trzeba było rozebrać, a pomidory teraz tylko w gruncie i w mniejszej ilości. Kiełkuje mi jednak od jakiegoś czasu marzenie o ślicznej ozdobnej szklarence:)

Miłego, radosnego świętowania wszystkim życzę, i oby wiosna zagościła już na dobre!
Pozdrawiam gorąco:)

wtorek, 13 lutego 2018

44


Podejść do tego wpisu było sporo. Pisałam i kasowałam. Ciągle nie umiem dobrać właściwych słów, by opisać to, co przez ostatnie 5 lat stało się ze mną. A stało się wiele. 




Dość późno nadszedł dla mnie czas wewnętrznej przemiany, która niektórym ludziom przychodzi może łatwiej, mniej boleśnie? Może potrafią bardziej słuchać siebie i odczytywać znaki, sygnały, które stawia na ich drodze życie (Bóg?). Bo prawie każdemu zdarzają się te sytuacje, zwane czasami granicznymi, mające naprowadzić na właściwą drogę życia. Każdy jest sam odpowiedzialny za to, jak je przyjmuje: czy potrafi wyciągnąć odpowiednie wnioski i podjąć jakieś działania. Czasami są to sygnały subtelne i delikatne, a gdy na nie jednak nie reagujemy, to może się zdarzyć, że dostaniemy obuchem w głowę. Ja dostałam.
Tak się dzieje, że już w dzieciństwie zaczynamy być wciskani w określone ramy, najpierw przez najbliższych, potem przez szkołę, religię. Tak wygląda życie na Ziemi. Zaczynamy biec w tej karuzeli, wciągnięci przez pozornie niezbędne „powinności”, nakazy, zakazy. Uczymy się oceniania siebie i innych, uzależniamy się od cudzych opinii, tracimy umiejętność samodzielnego myślenia, zaczynamy bezrefleksyjnie funkcjonować w schematach narzuconych przez środowisko, w którym przebywamy, bezkrytycznie przyjmujemy papkę wtłaczaną nam poprzez media, nieświadomie poddając się przeróżnym manipulacjom. Zaczynamy żyć w mniej lub bardziej uświadomionym lęku. Zapominamy o tym, kim jesteśmy. Nie wiemy, czy wizja własnej osoby w kontekście przyszłości jest rzeczywiście „nasza”, czy też jest to wytwór społecznych oczekiwań i narzuconych zewnętrznie ról. Wielu ludzi trwa w takim stanie, przyjmując, że zapewne tak musi być, że nie czują się szczęśliwi i spełnieni, że to ich wina, lub też przeznaczenie.




Kiedy zaczęłam uzależniać swój stan ducha od tego, co powie, albo (co mi się wydaje) myśli o mnie inny człowiek?
Dlaczego oczekiwałam od innych ludzi, by zachowywali się w określony sposób, mówili to, co według mnie powinni mówić, byli tacy, jak mi się wydawało, że powinni być?
Dlaczego wydawało mi się, że ja wiem lepiej, co jest dla innych dobre, niż oni sami?
Czemu moje chwiejne poczucie bezpieczeństwa opierałam na założeniu, że muszę wszystko i wszystkich mieć pod kontrolą, o wszystkim wiedzieć, „naprawiać” relacje między bliskimi (dorosłymi przecież ludźmi!). Tak - chciałam, by wszyscy byli dla siebie mili, dobrzy, nie ranili się. Oczekiwałam tego, a gdy to się nie działo, cierpiałam wraz z tymi, którzy cierpieli.

Tak wiele rzeczy robiłam bezmyślnie, nieświadomie, choć w dobrych intencjach. 




Ale...

Przyszedł czas zmian. 
W końcu zostałam przyparta do muru przez życiowe okoliczności. Ciężka choroba i cierpienie bliskiej osoby, nieustający stres, w końcu własne problemy zdrowotne niewątpliwie z tym stresem związane – to wszystko zmusiło mnie do rozpoczęcia pracy nad sobą.  Początkowo chciałam tylko  dowiedzieć się więcej o swoim schorzeniu i nauczyć się technik radzenia sobie ze stresem, ale okazało się to wszystko tylko początkiem.
Ruszyłam zupełnie nową dla mnie drogą. Wciąż nią idę, zmieniam się i zmienia się świat wokół mnie. Dzieją się rzeczy nieoczekiwane i niezwykłe. 




Wczoraj miałam 44 urodziny. Czuję się zupełnie inną istotą, niż byłam 5 lat temu. Tak bardzo mi z tym dobrze. Tak wielką czuję wdzięczność.

Zaczynam kolejny rozdział mojego życia, niech mnie niesie. Nie robię wielkich planów. Jestem.




Z miłością:)


środa, 24 stycznia 2018

Zanim innych zrobisz sto...

 ...to najtrudniejszy ten pierwszy krok - po zbyt długiej przerwie nie mogłam się zmobilizować, żeby w końcu coś napisać, choć miewałam natchnienie (niestety, dopadało mnie ono w najmniej sposobnym ku tego momencie;))
No, ale w końcu dziś jakoś tak z marszu, zamiast pisać coś zupełnie innego, związanego z pracą zawodową, zalogowałam się w końcu do mojego zakurzonego bloga. I będzie to chyba wpis o dyrdymałach i niczym konkretnym, ot, takie przypomnienie się dla TYCH, które tu wiernie od lat zaglądają i komentują:)
Od dawna mam ochotę zrobić na blogu porządki, posegregować ulubione blogi w bocznym pasku, pokazać szyciowe nowości, których zdjęć sporo jest w folderze zatytuowanym "ywentualnie na bloga";) itp. Tematy też różne mi się kłębią w głowie - np. bardzo chciałam napisać o tym, co czytam każdej zimy, o  inspirujących blogach, vlogach i stronach, na które zaglądam w drodze do pracy i z pracy, o kulinarnych przygodach, i o innych ważnych dla mnie sprawach...
Może teraz, kiedy już te tematy wypisałam, to szybciej się za nie wezmę? 
Tymczasem zamydlę Wam oczy paroma widoczkami z serii "pięknych okoliczności przyrody";)

Oto moja główna trasa spacerowa, prowadzaca pod las przez pola i łąki. Maszerowałam nią w ubiegłym roku o tej styczniowej porze niemal codziennie, w ramach terapii po trudnym bardzo dla mnie czasie. I było wówczas ( dokładnie 28 stycznia 2017 roku) tak:




A teraz koniec 2017 roku, spacer w piękny, mroźny i słoneczny przeddzień Sylwestra:



A zaledwie 3 dni wcześniej było tak:


Z kolei tydzień później zrobiło się tak:


Z ostatniego tygodnia zdjęcia - tym razem wczesny poranek w mieście:




Fajnie, co? Zmienna ta tegoroczna zima nad podziw.

Ale wiecie co? Wkrótce będzie tak:


I zaraz potem tak:


Powyżej marzec, a nad nim luty 2017:)))

Dziś, po kilku mroźnych dniach - nagła odwilż. Ptaki od razu inaczej jakoś się zachowują. Inny zapach w powietrzu. Koniec stycznia prawie - kto wie, może już skowronki gdzieś się szykują do pierwszych świergoleń? Uwielbiam skowronki.
Mój Tato też je bardzo lubił i wypatrywał ich od stycznia... Bo przecież Święta Agnieszka wypuszcza je z mieszka...




Pozdrawiam Was z całego serca i do następnego razu:)


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Spacerkiem przez sierpień i trochę głowologii


W świecie blogowym i pozablogowym rozpoczęło się właśnie odliczanie dni do końca lata. Jedni się smucą, inni cieszą, a jeszcze inni popadają w melancholię i zadumę. Nie da się ukryć, że coraz chłodniejsze poranki i noce, w przyrodzie też powoli widać przemianę. Ale u mnie w tym roku wyjątkowo jeszcze bardzo zielono, a przecież nieraz w sierpniu było już sporo żółtych liści, szczególnie na brzozach. Pewnie dlatego że upalne okresy przeplatały się w mojej okolicy z obfitymi opadami i nie zagroziła nam susza. Na dodatek, wszystkie burze krążące często po sąsiedztwie, omijały jakoś moją wioskę i żadna nawałnica nie zaszkodziła ludziom i roślinom. Raz tylko od pioruna zapaliło się ściernisko, ale na szczęście bardzo szybko zostało ugaszone. 
Ja w melancholię ani smutek nie popadam, bo jak tu się smucić, kiedy wokół urok późnego lata i sierpniowa obfitość natury?


Stoję na ścieżce w warzywniku i śmieję się sama do siebie, jak głupi do sera;) Trudno uwierzyć, że coś tak wspaniałego może powstać prawie z niczego. Bez większego wysiłku, bez mozolnego przekopywania ziemi, bez wypatrywania i usuwania najmniejszego chwaścika. Wiedziałam, że w końcu trafię na właściwą drogę;) Tą drogą okazała się permakultura, choć na początku nawet nie wiedziałam, że zaczynam ją stosować. Chciałam jak najmniejszym wysiłkiem uzyskać jak najlepsze efekty, więc zamiast robić kolejny kompostownik gdzieś w kącie ogrodu (jeden taki mam, ten pierwszy), zaczęłam wyrzucać wszelkie odpadki kuchenne i resztki roślin, w tym skoszoną trawę, liście (część jesienią, część po wiosennych porządkach) i przycinane gałązki krzewów, wprost na ziemię w miejscu, gdzie chciałam coś później posadzić (wtedy jeszcze nie wiedziałam, co, myślałam bardziej o roślinach ozdobnych).


To tegoroczna nowa grządka:)


Sterta sobie rosła, rozgrabiałam ją czasami, ale częściej rozgrabiały ją sąsiedzkie kury;). W kolejnym roku na części tej sterty posadziłam już dynie, a ziemniaki same wykiełkowały z wyrzucanych resztek. Miejsce było zajęte, więc kolejne resztki i odpadki wyrzucałam obok, poszerzając w ten sposób mój niby – kompostownik. Potem wpadłam na pomysł, żeby sąsiadujący trawnik przykryć grubszym kartonem, pod którym powoli trawa sobie zgniła, a dżdżownice i inne organizmy zrobiły resztę – i zyskałam kolejne miejsce z dobrą ziemią i prawie bez wysiłku. W ten sposób powstał całkiem spory kawał bardzo dobrego podłoża pod sadzenie roślin. Zabezpieczony przed niechcianymi roślinami poprzez ściółkowanie skoszoną trawą albo kartonami. Oduczam się określenia „chwast”, bo przecież wszystkie rośliny mogą być użyteczne. Jak nie dla ludzi, to dla zwierząt, albo ziemi. Permakultura to zupełnie inne spojrzenie na uprawę. To szacunek do tętniącej życiem ziemi, do otoczenia. To zaprzestanie stosowania trujących chemicznych oprysków i sztucznych nawozów. To bioróżnorodność.







W tym roku mam cudowny warzywnik. Sielski, z kwiatami, ścieżkami. I zdrowym, pięknym jedzeniem.



Kryjówka dla drobnych żyjątek, ostatnio widziano tam małą ropuszkę:)


Od tego się zaczęło – od chęci lepszego odżywiania. 
Bo w międzyczasie podziały się w moim życiu różne rzeczy, których już staram się nie oceniać, a które sprawiły spory zamęt – nie tylko w codzienności, ale i w sferze duchowej (że tak pojadę górnolotnie;)) W każdym razie te rzeczy sprawiły, że bardzo się zmieniłam. I zmieniam się nadal, bo to jest taka zmiana, że jak już się w to wskoczy, to nie ma odwrotu:) Zaczęło się od tego, że chciałam odzyskać zdrowie i dobre samopoczucie. Poszukując potrzebnych informacji, trafiałam na kolejne książki, blogi, które jakoś dziwnie prowadziły do jednego – trzeba się przyjrzeć temu, co się je, oraz – co jeszcze ważniejsze – temu, co się ma w głowie…
Minęło trochę czasu, o zmianach w moim odżywianiu już pisałam.
Nadal nie jem glutenu, a z produktów pochodzących od zwierząt mam w domu masło klarowane (ale bio, które ma całkowicie inny smak od marketowego), miód z zaprzyjaźnionej pasieki, jajka od sąsiedzkich kur, które przychodzą gościnnie na moje grządki;) albo z innego źródła, ale od kur biegających po ogrodzie. Od czasu do czasu jem kozi ser – tylko z Kanionkowa:) Kiełkuje jednak w mej głowie myśl, by i z tych smakołyków zrezygnować.
Największe zmiany odczułam po zaprzestaniu jedzenia mięsa. I powiem tylko tyle, że zmiany w sferze zdrowia fizycznego, to przy tym pikuś;) Dziś myślę, że to był największy i najbardziej trafny krok wyprowadzający z nerwicy lękowej.
I mogłabym teraz ciągnąć temat, ale wtedy ten post byłby już zdecydowanie zbyt długi:) Może więc dalszy ciąg głowologii będzie kiedy indziej, natomiast teraz jeszcze tradycyjnie coś z szycia:



Pozdrawiam wszystkich czytających i życzę miłości wokół siebie i w sobie!

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ponownie cudownie:)


Cudowne lato. Upał może zbyt wielki od wczoraj, ale, jak już nieraz wspominałam, ja to kocham. Współczuję jednak tym, co nie mogą skryć się w cienistym chłodzie, kombajny wciąż pracują, żniwa w pełni.
A ja od ubiegłego piątku byczę się bezwstydnie. No nic prawie nie robię, oprócz spraw bieżąco – domowo – kuchennych. Byczę się trochę przymusowo jednak, bo w zeszły czwartek pożegnałam się z ósemką, która rosła i rosła od kilku lat, a nie mogła wyrosnąć w całości. Na zewnątrz wyglądała nieśmiało, za to wewnątrz okazała się być bardzo przywiązana do mego organizmu, choć na prześwietleniu sprytnie się zakamuflowała i nie wyglądała aż tak okazale.  Dlatego zabieg trwał prawie godzinę, a chirurg z asystentką patrzyli tylko na siebie co jakiś czas i wzdychali (a ja nie umiem z zamkniętymi oczami na fotelu dentystycznym wysiedzieć, więc wszystko oczywiście widziałam;)). W końcu jakoś poszło, ale zapuchnięta byłam na drugi dzień tak, że moja twarz była kwadratowa z jednej strony;) Boli do dziś, ale od wczoraj mogę już przestać miksować zupy;) Normalnie jeść się nie dało, przez tyle dni! Opuchlizna powoli schodzi, zaczynam też  mówić w miarę wyraźnie, a ślicznie dotąd sepleniłam;) Z racji jednak bólu i ogólnych zaleceń dentysty, unikam schylania się i cięższych prac, choć nie oparłam się zbieraniu ogórków, rosnących jak grzyby po deszczu, jak też  wykopywaniu ziemniaków, które urosły pięknie, choć sadzone były w zupełnie szalony sposób.
Małosolne dochodzą więc w kamionce, w domu pachnie koprem i czosnkiem, a ziemniaczki pieką się właśnie z rozmarynem i odrobiną oliwy. Pomidory też zebrałam, więc będą w sam raz do ziemniaków.

Już nie pamiętam, czy podawałam przepis na pyszny paprykowy sos na zimę, ale nie chce mi się przeszukiwać bloga, więc podaję choćby dla przypomnienia, że wkrótce warto go zrobić:-))
Przepis mam od znajomej z pracy, zmodyfikowałam go po swojemu i wyszedł równie smaczny, jak oryginał (którego próbowałam oczywiście). Robiłam w mniejszej ilości i wcale nie trzymałam się kurczowo proporcji. Bardzo polecam, jadam go zarówno na zimno -  jako dodatek do różnych pieczonych warzyw, jak i na na gorąco – na przykład odgrzany na patelni z kaszą jaglaną lub ryżem


Sos paprykowy na zimę

3 kg czerwonej papryki
30 dag papryczki ostrej
0,5 litra koncentratu pomidorowego
2 duże główki czosnku
30 dag cukru (zamiast cukru dodałam do smaku syrop klonowy)
1 szklanka oleju (u mnie – kokosowy bezzapachowy, dałam go mniej)
0,5 szklanki octu (użyłam octu balsamicznego)
1,5 łyżki soli (u mnie – himalajska)
15 ziaren ziela angielskiego
5 liści laurowych
pieprz do smaku (zrezygnowałam)


Paprykę i czosnek zmielić w maszynce do mielenia. Dodać cukier i olej, gotować 20 min. Dodać resztę składników i gotować jeszcze 15 min. Gorący sos wlać do słoików, zakręcić i odwrócić do góry dnem. Nie trzeba pasteryzować.



Pozdrawiam:)

niedziela, 18 czerwca 2017

Cudownie nieidealnie

A wiosna w tym roku jest dziwna.


Przyszła spóźniona, pogroziła palcem przymrozków już mało spodziewanych. I do tej pory sfochowana, zmienna, niestabilna. Ale i tak ją kocham, choć moja wiosna w tym roku jest inna. Ze stu powodów, i z jednego, najważniejszego.




Myślałam, że się nie da, ale powoli się zmieniam. Uczę się inaczej podchodzić do życia, do świata. I do siebie samej, w końcu. Zdarzenia ostatnich miesięcy przynoszą nieoczekiwane, zadziwiające skutki. Po raz chyba pierwszy w życiu przyjmuję bez buntu i nerwów tę zmienność pogody, długie okresy mokrego zimna przeplatane krótkimi przebłyskami większego ciepła. Jest, jak jest. Ubieram się ciepło, zakładam nawet szalik, kiedy mi zimno o tej 5.30 rano na przystanku. I tylko dreszcze mnie przechodzą, kiedy już w Krakowie około 7.00 widzę dziewczyny w bluzkach bez rękawów, ale im chyba ciepło,  bo jakoś się nie trzęsą;) Wracam z pracy i w autobusie znowu sie ubieram, bo na zwewnątrz było gorąco, a tu wieje z klimy.
Zamieniłam torbę na ramię na plecak. Spory. Bo od wieków ciagle coś wożę, i do pracy, i do domu. Nawet ostatnio sąsiadka żartobliwie zapytała, widząc mnie z tym wypchanym plecakiem maszerującą na przystanek, czy na wycieczkę w góry jadę. No nie, ale tak wygląda. Musiałam z tym plecakiem się przeprosić, bo kręgosłup się zbuntował, że tylko na tym lewym ramieniu wszystko dźwigam, i dał mi nieźle popalić. Już wyglądało na to,  że przez ten bunt nie będzie nic z mojego warzywnika w tym roku i przyjęłam to z godnością;) Po czym okazało się, po różnych dziwnych zbiegach okoliczności i paru dobrym duchom, że owszem, warzywnik jest, do tego większy, niż był wcześniej.
I jest cudownie nieidealnie.


Stare dechy podparte jakimiś kołkami albo cegłami, nie do końca przerobiony kompost. Pomidory na improwizowanym stelażu i sznurkach, za gęsto posadzone dynie i ogórki. Ścieżki czarną włókniną wyłożone, może mało estetyczne i ekologiczne, ale jakie praktyczne!




Koperek zeszłoroczny wśród chwastów nie pozwalających się wyrwać bez tego koperku. Cynie i nagietki, aksamitki i kosmos, maciejka i samosiejka maku, malwy. To wszystko wśród warzyw, bo nie było gdzie posadzić. Ale zachciało mi się choć po trochu wysiać tych kwiatów. Jeszcze małe, ale rosną. Brak wyraźego podziału między moim a cudzym daje piękne zielone tło - bliziutko maliny, daleko drzewa i krzewy. 
Truskawki z odzysku, odmiana, jaka u nas rosła kiedyś, dawno. I tak się przechowała, krzaczek pod jakimś krzewem, zapomniany, drugi, trzeci - to dałam szansę i teraz coraz wiecej ich. Dawać szansę jest fajnie. Miałam cukinie wysiane do pojemników, z jednej ślimak wyżarł cały środek, znawcy orzekli, że do wywalenia, bo już nie odrośnie. Ale dałam szansę, odrosło, i dalej rośnie:)



Cudownie nieidealnie.
Mszyce grasują w najlepsze, mając mrówki za ochroniarzy. Mrówki zlazły się chyba z całej okolicy do mnie, ziemia w warzywniku aż się rusza, tyle ich. Ale i tak wszystko rośnie, zielone i piękne. Nawet te ziemniaki posadzone dla żartu chyba, bo ze skiełkowanych bio kupionych w Biedrze. No, ale rosną, choć parę krzaczków musiałam usunąć, coś chorowały. Nie używam już żadnych chemicznych środków w ogrodzie. Pryskam tylko drożdżami piekarskimi, jak na razie, a mszycom i mrówkom to nie przeszkadza;) Pokrzywy w tle, piękna kępa. W maju robiłam zupę z pokrzyw, kilka razy, bo okazała się bardzo dobra. No więc i te pokrzywy potrzebne.


A powyżej to wcale nie pokrzywy, tylko dzwonki, które wszyscy za pokrzywy biorą;)


Cudownie nieidealnie.
Nie mieć w sobie przymusu, by było skoszone, wyrównane, wysprzątane, zagrabione. Chyba, że się ma akurat na to ochotę. Pozwolić najpierw niezapominajkom, a potem miniaturowym bratkom rozsiewać się w tarasowym żwirze i potem uważnie patrzeć pod nogi, żeby nie zniszczyć tego piękna. Kupić "niechcący" na placu pelargonie i jakieś inne śliczności, których nazwy się już mylą, potem posadzić je w starych doniczkach, nawet plastikowych, choć wolałoby się mieć ceramiczne. 


Zostawić kawał niekoszonej trawy i mieć własną dziką łąkę w miniaturze. Cieszyć się, że młode wróble świergolą w gnieździe pod dachem, kosy biegają po skoszonym w końcu trawniku, wyciągając dżdżownice, a dzikie gołębie zlatują się do oczka wodnego. Przy koszeniu omijać dorodną kwitnącą koniczynę, w której buszują dzikie pszczoły. Zbierać kwiaty czarnego bzu, uważnie sprawdzając, czy nie ma na nich mszyc, potem rozkładać na białym papierze i jeszcze uważniej przetrząsać w poszukiwaniu pajączków i innego "drobiazgu". Zrobić zupełnie nieidealny syrop z tych kwiatów. Ale cudowny, pomimo zbyt dużej ilości cytryn ze skórką i przez to ciut gorzkawego posmaku.


Czasami nawet siąść przy maszynie.



Cudownie nieidealnie.

Uczyć się przyjmować cudownie nieidealny świat z wdzięcznością.
Traktować siebie dobrze.
Świadomie dbać o ciało i duszę. 
Uważnie przypatrywac się swoim myślom i mieć nad nimi kontrolę.
Przestać sluchać radia, oddać telewizor.
Wybierać starannie i rozważnie lektury, filmy, muzykę.
Mówić dobrze o innych, lub nie mówić o nich wcale.

I nawet jeśli na razie nie bardzo to wszystko wychodzi, nie obwiniać się i nie oceniać, bo kiedyś sie uda. Ważne, by próbować, choćby codziennie od nowa.



Szczygiełek za to jest cudem idealnym!

PS dla Lewkonii:

Kochana, możesz wierzyć, lub nie, ale naprawdę nie ściągałam od Ciebie pewnych fragmentów z ostatniego wpisu! :) To naprawdę nie moja wina, że TEŻ mam wróble pod dachem, omijam koniczynę przy koszeniu, a kurdybanek oplata coraz bujniej schody i ganek (tego nie napisałam, ale mogłam spokojnie, bo jak widać,  wszystko się zgadza;)) I jest to, jak dla mnie, cudowne:)