...

wtorek, 13 lutego 2018

44


Podejść do tego wpisu było sporo. Pisałam i kasowałam. Ciągle nie umiem dobrać właściwych słów, by opisać to, co przez ostatnie 5 lat stało się ze mną. A stało się wiele. 




Dość późno nadszedł dla mnie czas wewnętrznej przemiany, która niektórym ludziom przychodzi może łatwiej, mniej boleśnie? Może potrafią bardziej słuchać siebie i odczytywać znaki, sygnały, które stawia na ich drodze życie (Bóg?). Bo prawie każdemu zdarzają się te sytuacje, zwane czasami granicznymi, mające naprowadzić na właściwą drogę życia. Każdy jest sam odpowiedzialny za to, jak je przyjmuje: czy potrafi wyciągnąć odpowiednie wnioski i podjąć jakieś działania. Czasami są to sygnały subtelne i delikatne, a gdy na nie jednak nie reagujemy, to może się zdarzyć, że dostaniemy obuchem w głowę. Ja dostałam.
Tak się dzieje, że już w dzieciństwie zaczynamy być wciskani w określone ramy, najpierw przez najbliższych, potem przez szkołę, religię. Tak wygląda życie na Ziemi. Zaczynamy biec w tej karuzeli, wciągnięci przez pozornie niezbędne „powinności”, nakazy, zakazy. Uczymy się oceniania siebie i innych, uzależniamy się od cudzych opinii, tracimy umiejętność samodzielnego myślenia, zaczynamy bezrefleksyjnie funkcjonować w schematach narzuconych przez środowisko, w którym przebywamy, bezkrytycznie przyjmujemy papkę wtłaczaną nam poprzez media, nieświadomie poddając się przeróżnym manipulacjom. Zaczynamy żyć w mniej lub bardziej uświadomionym lęku. Zapominamy o tym, kim jesteśmy. Nie wiemy, czy wizja własnej osoby w kontekście przyszłości jest rzeczywiście „nasza”, czy też jest to wytwór społecznych oczekiwań i narzuconych zewnętrznie ról. Wielu ludzi trwa w takim stanie, przyjmując, że zapewne tak musi być, że nie czują się szczęśliwi i spełnieni, że to ich wina, lub też przeznaczenie.




Kiedy zaczęłam uzależniać swój stan ducha od tego, co powie, albo (co mi się wydaje) myśli o mnie inny człowiek?
Dlaczego oczekiwałam od innych ludzi, by zachowywali się w określony sposób, mówili to, co według mnie powinni mówić, byli tacy, jak mi się wydawało, że powinni być?
Dlaczego wydawało mi się, że ja wiem lepiej, co jest dla innych dobre, niż oni sami?
Czemu moje chwiejne poczucie bezpieczeństwa opierałam na założeniu, że muszę wszystko i wszystkich mieć pod kontrolą, o wszystkim wiedzieć, „naprawiać” relacje między bliskimi (dorosłymi przecież ludźmi!). Tak - chciałam, by wszyscy byli dla siebie mili, dobrzy, nie ranili się. Oczekiwałam tego, a gdy to się nie działo, cierpiałam wraz z tymi, którzy cierpieli.

Tak wiele rzeczy robiłam bezmyślnie, nieświadomie, choć w dobrych intencjach. 




Ale...

Przyszedł czas zmian. 
W końcu zostałam przyparta do muru przez życiowe okoliczności. Ciężka choroba i cierpienie bliskiej osoby, nieustający stres, w końcu własne problemy zdrowotne niewątpliwie z tym stresem związane – to wszystko zmusiło mnie do rozpoczęcia pracy nad sobą.  Początkowo chciałam tylko  dowiedzieć się więcej o swoim schorzeniu i nauczyć się technik radzenia sobie ze stresem, ale okazało się to wszystko tylko początkiem.
Ruszyłam zupełnie nową dla mnie drogą. Wciąż nią idę, zmieniam się i zmienia się świat wokół mnie. Dzieją się rzeczy nieoczekiwane i niezwykłe. 




Wczoraj miałam 44 urodziny. Czuję się zupełnie inną istotą, niż byłam 5 lat temu. Tak bardzo mi z tym dobrze. Tak wielką czuję wdzięczność.

Zaczynam kolejny rozdział mojego życia, niech mnie niesie. Nie robię wielkich planów. Jestem.




Z miłością:)


środa, 24 stycznia 2018

Zanim innych zrobisz sto...

 ...to najtrudniejszy ten pierwszy krok - po zbyt długiej przerwie nie mogłam się zmobilizować, żeby w końcu coś napisać, choć miewałam natchnienie (niestety, dopadało mnie ono w najmniej sposobnym ku tego momencie;))
No, ale w końcu dziś jakoś tak z marszu, zamiast pisać coś zupełnie innego, związanego z pracą zawodową, zalogowałam się w końcu do mojego zakurzonego bloga. I będzie to chyba wpis o dyrdymałach i niczym konkretnym, ot, takie przypomnienie się dla TYCH, które tu wiernie od lat zaglądają i komentują:)
Od dawna mam ochotę zrobić na blogu porządki, posegregować ulubione blogi w bocznym pasku, pokazać szyciowe nowości, których zdjęć sporo jest w folderze zatytuowanym "ywentualnie na bloga";) itp. Tematy też różne mi się kłębią w głowie - np. bardzo chciałam napisać o tym, co czytam każdej zimy, o  inspirujących blogach, vlogach i stronach, na które zaglądam w drodze do pracy i z pracy, o kulinarnych przygodach, i o innych ważnych dla mnie sprawach...
Może teraz, kiedy już te tematy wypisałam, to szybciej się za nie wezmę? 
Tymczasem zamydlę Wam oczy paroma widoczkami z serii "pięknych okoliczności przyrody";)

Oto moja główna trasa spacerowa, prowadzaca pod las przez pola i łąki. Maszerowałam nią w ubiegłym roku o tej styczniowej porze niemal codziennie, w ramach terapii po trudnym bardzo dla mnie czasie. I było wówczas ( dokładnie 28 stycznia 2017 roku) tak:




A teraz koniec 2017 roku, spacer w piękny, mroźny i słoneczny przeddzień Sylwestra:



A zaledwie 3 dni wcześniej było tak:


Z kolei tydzień później zrobiło się tak:


Z ostatniego tygodnia zdjęcia - tym razem wczesny poranek w mieście:




Fajnie, co? Zmienna ta tegoroczna zima nad podziw.

Ale wiecie co? Wkrótce będzie tak:


I zaraz potem tak:


Powyżej marzec, a nad nim luty 2017:)))

Dziś, po kilku mroźnych dniach - nagła odwilż. Ptaki od razu inaczej jakoś się zachowują. Inny zapach w powietrzu. Koniec stycznia prawie - kto wie, może już skowronki gdzieś się szykują do pierwszych świergoleń? Uwielbiam skowronki.
Mój Tato też je bardzo lubił i wypatrywał ich od stycznia... Bo przecież Święta Agnieszka wypuszcza je z mieszka...




Pozdrawiam Was z całego serca i do następnego razu:)


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Spacerkiem przez sierpień i trochę głowologii


W świecie blogowym i pozablogowym rozpoczęło się właśnie odliczanie dni do końca lata. Jedni się smucą, inni cieszą, a jeszcze inni popadają w melancholię i zadumę. Nie da się ukryć, że coraz chłodniejsze poranki i noce, w przyrodzie też powoli widać przemianę. Ale u mnie w tym roku wyjątkowo jeszcze bardzo zielono, a przecież nieraz w sierpniu było już sporo żółtych liści, szczególnie na brzozach. Pewnie dlatego że upalne okresy przeplatały się w mojej okolicy z obfitymi opadami i nie zagroziła nam susza. Na dodatek, wszystkie burze krążące często po sąsiedztwie, omijały jakoś moją wioskę i żadna nawałnica nie zaszkodziła ludziom i roślinom. Raz tylko od pioruna zapaliło się ściernisko, ale na szczęście bardzo szybko zostało ugaszone. 
Ja w melancholię ani smutek nie popadam, bo jak tu się smucić, kiedy wokół urok późnego lata i sierpniowa obfitość natury?


Stoję na ścieżce w warzywniku i śmieję się sama do siebie, jak głupi do sera;) Trudno uwierzyć, że coś tak wspaniałego może powstać prawie z niczego. Bez większego wysiłku, bez mozolnego przekopywania ziemi, bez wypatrywania i usuwania najmniejszego chwaścika. Wiedziałam, że w końcu trafię na właściwą drogę;) Tą drogą okazała się permakultura, choć na początku nawet nie wiedziałam, że zaczynam ją stosować. Chciałam jak najmniejszym wysiłkiem uzyskać jak najlepsze efekty, więc zamiast robić kolejny kompostownik gdzieś w kącie ogrodu (jeden taki mam, ten pierwszy), zaczęłam wyrzucać wszelkie odpadki kuchenne i resztki roślin, w tym skoszoną trawę, liście (część jesienią, część po wiosennych porządkach) i przycinane gałązki krzewów, wprost na ziemię w miejscu, gdzie chciałam coś później posadzić (wtedy jeszcze nie wiedziałam, co, myślałam bardziej o roślinach ozdobnych).


To tegoroczna nowa grządka:)


Sterta sobie rosła, rozgrabiałam ją czasami, ale częściej rozgrabiały ją sąsiedzkie kury;). W kolejnym roku na części tej sterty posadziłam już dynie, a ziemniaki same wykiełkowały z wyrzucanych resztek. Miejsce było zajęte, więc kolejne resztki i odpadki wyrzucałam obok, poszerzając w ten sposób mój niby – kompostownik. Potem wpadłam na pomysł, żeby sąsiadujący trawnik przykryć grubszym kartonem, pod którym powoli trawa sobie zgniła, a dżdżownice i inne organizmy zrobiły resztę – i zyskałam kolejne miejsce z dobrą ziemią i prawie bez wysiłku. W ten sposób powstał całkiem spory kawał bardzo dobrego podłoża pod sadzenie roślin. Zabezpieczony przed niechcianymi roślinami poprzez ściółkowanie skoszoną trawą albo kartonami. Oduczam się określenia „chwast”, bo przecież wszystkie rośliny mogą być użyteczne. Jak nie dla ludzi, to dla zwierząt, albo ziemi. Permakultura to zupełnie inne spojrzenie na uprawę. To szacunek do tętniącej życiem ziemi, do otoczenia. To zaprzestanie stosowania trujących chemicznych oprysków i sztucznych nawozów. To bioróżnorodność.







W tym roku mam cudowny warzywnik. Sielski, z kwiatami, ścieżkami. I zdrowym, pięknym jedzeniem.



Kryjówka dla drobnych żyjątek, ostatnio widziano tam małą ropuszkę:)


Od tego się zaczęło – od chęci lepszego odżywiania. 
Bo w międzyczasie podziały się w moim życiu różne rzeczy, których już staram się nie oceniać, a które sprawiły spory zamęt – nie tylko w codzienności, ale i w sferze duchowej (że tak pojadę górnolotnie;)) W każdym razie te rzeczy sprawiły, że bardzo się zmieniłam. I zmieniam się nadal, bo to jest taka zmiana, że jak już się w to wskoczy, to nie ma odwrotu:) Zaczęło się od tego, że chciałam odzyskać zdrowie i dobre samopoczucie. Poszukując potrzebnych informacji, trafiałam na kolejne książki, blogi, które jakoś dziwnie prowadziły do jednego – trzeba się przyjrzeć temu, co się je, oraz – co jeszcze ważniejsze – temu, co się ma w głowie…
Minęło trochę czasu, o zmianach w moim odżywianiu już pisałam.
Nadal nie jem glutenu, a z produktów pochodzących od zwierząt mam w domu masło klarowane (ale bio, które ma całkowicie inny smak od marketowego), miód z zaprzyjaźnionej pasieki, jajka od sąsiedzkich kur, które przychodzą gościnnie na moje grządki;) albo z innego źródła, ale od kur biegających po ogrodzie. Od czasu do czasu jem kozi ser – tylko z Kanionkowa:) Kiełkuje jednak w mej głowie myśl, by i z tych smakołyków zrezygnować.
Największe zmiany odczułam po zaprzestaniu jedzenia mięsa. I powiem tylko tyle, że zmiany w sferze zdrowia fizycznego, to przy tym pikuś;) Dziś myślę, że to był największy i najbardziej trafny krok wyprowadzający z nerwicy lękowej.
I mogłabym teraz ciągnąć temat, ale wtedy ten post byłby już zdecydowanie zbyt długi:) Może więc dalszy ciąg głowologii będzie kiedy indziej, natomiast teraz jeszcze tradycyjnie coś z szycia:



Pozdrawiam wszystkich czytających i życzę miłości wokół siebie i w sobie!

wtorek, 1 sierpnia 2017

Ponownie cudownie:)


Cudowne lato. Upał może zbyt wielki od wczoraj, ale, jak już nieraz wspominałam, ja to kocham. Współczuję jednak tym, co nie mogą skryć się w cienistym chłodzie, kombajny wciąż pracują, żniwa w pełni.
A ja od ubiegłego piątku byczę się bezwstydnie. No nic prawie nie robię, oprócz spraw bieżąco – domowo – kuchennych. Byczę się trochę przymusowo jednak, bo w zeszły czwartek pożegnałam się z ósemką, która rosła i rosła od kilku lat, a nie mogła wyrosnąć w całości. Na zewnątrz wyglądała nieśmiało, za to wewnątrz okazała się być bardzo przywiązana do mego organizmu, choć na prześwietleniu sprytnie się zakamuflowała i nie wyglądała aż tak okazale.  Dlatego zabieg trwał prawie godzinę, a chirurg z asystentką patrzyli tylko na siebie co jakiś czas i wzdychali (a ja nie umiem z zamkniętymi oczami na fotelu dentystycznym wysiedzieć, więc wszystko oczywiście widziałam;)). W końcu jakoś poszło, ale zapuchnięta byłam na drugi dzień tak, że moja twarz była kwadratowa z jednej strony;) Boli do dziś, ale od wczoraj mogę już przestać miksować zupy;) Normalnie jeść się nie dało, przez tyle dni! Opuchlizna powoli schodzi, zaczynam też  mówić w miarę wyraźnie, a ślicznie dotąd sepleniłam;) Z racji jednak bólu i ogólnych zaleceń dentysty, unikam schylania się i cięższych prac, choć nie oparłam się zbieraniu ogórków, rosnących jak grzyby po deszczu, jak też  wykopywaniu ziemniaków, które urosły pięknie, choć sadzone były w zupełnie szalony sposób.
Małosolne dochodzą więc w kamionce, w domu pachnie koprem i czosnkiem, a ziemniaczki pieką się właśnie z rozmarynem i odrobiną oliwy. Pomidory też zebrałam, więc będą w sam raz do ziemniaków.

Już nie pamiętam, czy podawałam przepis na pyszny paprykowy sos na zimę, ale nie chce mi się przeszukiwać bloga, więc podaję choćby dla przypomnienia, że wkrótce warto go zrobić:-))
Przepis mam od znajomej z pracy, zmodyfikowałam go po swojemu i wyszedł równie smaczny, jak oryginał (którego próbowałam oczywiście). Robiłam w mniejszej ilości i wcale nie trzymałam się kurczowo proporcji. Bardzo polecam, jadam go zarówno na zimno -  jako dodatek do różnych pieczonych warzyw, jak i na na gorąco – na przykład odgrzany na patelni z kaszą jaglaną lub ryżem


Sos paprykowy na zimę

3 kg czerwonej papryki
30 dag papryczki ostrej
0,5 litra koncentratu pomidorowego
2 duże główki czosnku
30 dag cukru (zamiast cukru dodałam do smaku syrop klonowy)
1 szklanka oleju (u mnie – kokosowy bezzapachowy, dałam go mniej)
0,5 szklanki octu (użyłam octu balsamicznego)
1,5 łyżki soli (u mnie – himalajska)
15 ziaren ziela angielskiego
5 liści laurowych
pieprz do smaku (zrezygnowałam)


Paprykę i czosnek zmielić w maszynce do mielenia. Dodać cukier i olej, gotować 20 min. Dodać resztę składników i gotować jeszcze 15 min. Gorący sos wlać do słoików, zakręcić i odwrócić do góry dnem. Nie trzeba pasteryzować.



Pozdrawiam:)

niedziela, 18 czerwca 2017

Cudownie nieidealnie

A wiosna w tym roku jest dziwna.


Przyszła spóźniona, pogroziła palcem przymrozków już mało spodziewanych. I do tej pory sfochowana, zmienna, niestabilna. Ale i tak ją kocham, choć moja wiosna w tym roku jest inna. Ze stu powodów, i z jednego, najważniejszego.




Myślałam, że się nie da, ale powoli się zmieniam. Uczę się inaczej podchodzić do życia, do świata. I do siebie samej, w końcu. Zdarzenia ostatnich miesięcy przynoszą nieoczekiwane, zadziwiające skutki. Po raz chyba pierwszy w życiu przyjmuję bez buntu i nerwów tę zmienność pogody, długie okresy mokrego zimna przeplatane krótkimi przebłyskami większego ciepła. Jest, jak jest. Ubieram się ciepło, zakładam nawet szalik, kiedy mi zimno o tej 5.30 rano na przystanku. I tylko dreszcze mnie przechodzą, kiedy już w Krakowie około 7.00 widzę dziewczyny w bluzkach bez rękawów, ale im chyba ciepło,  bo jakoś się nie trzęsą;) Wracam z pracy i w autobusie znowu sie ubieram, bo na zwewnątrz było gorąco, a tu wieje z klimy.
Zamieniłam torbę na ramię na plecak. Spory. Bo od wieków ciagle coś wożę, i do pracy, i do domu. Nawet ostatnio sąsiadka żartobliwie zapytała, widząc mnie z tym wypchanym plecakiem maszerującą na przystanek, czy na wycieczkę w góry jadę. No nie, ale tak wygląda. Musiałam z tym plecakiem się przeprosić, bo kręgosłup się zbuntował, że tylko na tym lewym ramieniu wszystko dźwigam, i dał mi nieźle popalić. Już wyglądało na to,  że przez ten bunt nie będzie nic z mojego warzywnika w tym roku i przyjęłam to z godnością;) Po czym okazało się, po różnych dziwnych zbiegach okoliczności i paru dobrym duchom, że owszem, warzywnik jest, do tego większy, niż był wcześniej.
I jest cudownie nieidealnie.


Stare dechy podparte jakimiś kołkami albo cegłami, nie do końca przerobiony kompost. Pomidory na improwizowanym stelażu i sznurkach, za gęsto posadzone dynie i ogórki. Ścieżki czarną włókniną wyłożone, może mało estetyczne i ekologiczne, ale jakie praktyczne!




Koperek zeszłoroczny wśród chwastów nie pozwalających się wyrwać bez tego koperku. Cynie i nagietki, aksamitki i kosmos, maciejka i samosiejka maku, malwy. To wszystko wśród warzyw, bo nie było gdzie posadzić. Ale zachciało mi się choć po trochu wysiać tych kwiatów. Jeszcze małe, ale rosną. Brak wyraźego podziału między moim a cudzym daje piękne zielone tło - bliziutko maliny, daleko drzewa i krzewy. 
Truskawki z odzysku, odmiana, jaka u nas rosła kiedyś, dawno. I tak się przechowała, krzaczek pod jakimś krzewem, zapomniany, drugi, trzeci - to dałam szansę i teraz coraz wiecej ich. Dawać szansę jest fajnie. Miałam cukinie wysiane do pojemników, z jednej ślimak wyżarł cały środek, znawcy orzekli, że do wywalenia, bo już nie odrośnie. Ale dałam szansę, odrosło, i dalej rośnie:)



Cudownie nieidealnie.
Mszyce grasują w najlepsze, mając mrówki za ochroniarzy. Mrówki zlazły się chyba z całej okolicy do mnie, ziemia w warzywniku aż się rusza, tyle ich. Ale i tak wszystko rośnie, zielone i piękne. Nawet te ziemniaki posadzone dla żartu chyba, bo ze skiełkowanych bio kupionych w Biedrze. No, ale rosną, choć parę krzaczków musiałam usunąć, coś chorowały. Nie używam już żadnych chemicznych środków w ogrodzie. Pryskam tylko drożdżami piekarskimi, jak na razie, a mszycom i mrówkom to nie przeszkadza;) Pokrzywy w tle, piękna kępa. W maju robiłam zupę z pokrzyw, kilka razy, bo okazała się bardzo dobra. No więc i te pokrzywy potrzebne.


A powyżej to wcale nie pokrzywy, tylko dzwonki, które wszyscy za pokrzywy biorą;)


Cudownie nieidealnie.
Nie mieć w sobie przymusu, by było skoszone, wyrównane, wysprzątane, zagrabione. Chyba, że się ma akurat na to ochotę. Pozwolić najpierw niezapominajkom, a potem miniaturowym bratkom rozsiewać się w tarasowym żwirze i potem uważnie patrzeć pod nogi, żeby nie zniszczyć tego piękna. Kupić "niechcący" na placu pelargonie i jakieś inne śliczności, których nazwy się już mylą, potem posadzić je w starych doniczkach, nawet plastikowych, choć wolałoby się mieć ceramiczne. 


Zostawić kawał niekoszonej trawy i mieć własną dziką łąkę w miniaturze. Cieszyć się, że młode wróble świergolą w gnieździe pod dachem, kosy biegają po skoszonym w końcu trawniku, wyciągając dżdżownice, a dzikie gołębie zlatują się do oczka wodnego. Przy koszeniu omijać dorodną kwitnącą koniczynę, w której buszują dzikie pszczoły. Zbierać kwiaty czarnego bzu, uważnie sprawdzając, czy nie ma na nich mszyc, potem rozkładać na białym papierze i jeszcze uważniej przetrząsać w poszukiwaniu pajączków i innego "drobiazgu". Zrobić zupełnie nieidealny syrop z tych kwiatów. Ale cudowny, pomimo zbyt dużej ilości cytryn ze skórką i przez to ciut gorzkawego posmaku.


Czasami nawet siąść przy maszynie.



Cudownie nieidealnie.

Uczyć się przyjmować cudownie nieidealny świat z wdzięcznością.
Traktować siebie dobrze.
Świadomie dbać o ciało i duszę. 
Uważnie przypatrywac się swoim myślom i mieć nad nimi kontrolę.
Przestać sluchać radia, oddać telewizor.
Wybierać starannie i rozważnie lektury, filmy, muzykę.
Mówić dobrze o innych, lub nie mówić o nich wcale.

I nawet jeśli na razie nie bardzo to wszystko wychodzi, nie obwiniać się i nie oceniać, bo kiedyś sie uda. Ważne, by próbować, choćby codziennie od nowa.



Szczygiełek za to jest cudem idealnym!

PS dla Lewkonii:

Kochana, możesz wierzyć, lub nie, ale naprawdę nie ściągałam od Ciebie pewnych fragmentów z ostatniego wpisu! :) To naprawdę nie moja wina, że TEŻ mam wróble pod dachem, omijam koniczynę przy koszeniu, a kurdybanek oplata coraz bujniej schody i ganek (tego nie napisałam, ale mogłam spokojnie, bo jak widać,  wszystko się zgadza;)) I jest to, jak dla mnie, cudowne:)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Staroci część kolejna i na razie ostatnia

Napisałam już sporo o internatowym życiu, a mało o szkole średniej – pewnie dlatego, że to pierwsze było o wiele ciekawsze:)
Jest jeszcze kilka rzeczy, o których chcę wspomnieć. Na przykład telefony. Dziś trudno w to uwierzyć, ale telefon dla mnie w tamtym czasie był niemal abstrakcją;) W mojej miejscowości stacjonarne telefony założono, kiedy byłam już na studiach. Telefon był u sołtysa i w szkole. Ludzie pisali telegramy, a w mniej naglących przypadkach – listy.
W internacie telefon był na portierni, czasami dzwoniły do mnie koleżanki ze szkoły, albo ciocia, wtedy dyżurny po mnie przychodził do pokoju. Bardziej intymne rozmowy przeprowadzało się z osiedlowej budki z aparatem na żetony, które kupowało się na poczcie. I tu dochodzę do zabawnej historii telefoniczno - romantycznej. Otóż, jak większość nastolatek, i ja miałam nadzieję na wielką miłość, czekałam na porywy serca i cudowne przeżycia, o których czytałam w książkach;) Znałam wielu chłopaków, wszak nasz internat był koedukacyjny, a obok 2 męskie, do tego wspólna stołówka;) ale jakoś nikomu nie wpadłam w oko (no, przecież byłam „brzydka, gruba i do tego w okularach”;)) Mnie za to wpadł w oko pewien wysoki blondyn z naszego internatu, z fryzurą "na pazia", starszy ode mnie. Zatem pilnie starałam się wychodzić do stołówki w tym samym czasie, co on, obserwować go z daleka, a kiedy popatrzy w moją stronę, od razu udawać, że się go nie widzi, podobnie na internatowych apelach i uroczystościach zbiorczych – widać więc, że robiłam wszystko, żeby się we mnie zakochał;))) Zupełnie nie wiem, dlaczego tego nie zrobił!;) Kiedy więc te moje intensywne starania jakoś nie przynosiły rezultatów, moją uwagę zwrócił kolejny blondyn, tym razem młodszy ode mnie – z naszego LO. Ten był długowłosy, szczuplutki, w typie romantycznego włóczęgi, ale bynajmniej nie zaniedbanego, a raczej starannie pielęgnującego swój look. I wtedy do akcji wkroczyła moja koleżanka z klasy, Dorota, która podczas szkolnego dyżuru (podobnie, jak w internacie – w LO również był zwyczaj dyżurów uczniowskich), spisała z dziennika numer telefonu mojego obiektu westchnień. I ona to, podczas gdy mnie ręce odmówiły posłuszeństwa, wykręciła numer i oddała mi słuchawkę! Tak zaczęła się historyjka, która trwała jakiś czas, zawsze ja dzwoniłam, gadaliśmy sobie – nawet całkiem miło, bo łączyły nas upodobania muzyczne, ale ja nigdy nie odważyłam się na spotkanie. Dobre, co? Eh, taka wtedy byłam. Nie wierzyłam w siebie, w lustrze widziałam brzydulę, bałam się porażki. Ale teraz lubię siebie z tamtych lat i szkoda, że dopiero dziś  mogę patrzeć z sympatią na swoje stare zdjęcia… Wtedy nie potrafiłam siebie lubić. I może też szkoda, że zanim się to stało, musiało upłynąć wiele lat. A może nie szkoda?
Jeśli już mowa o romantycznych porywach, to nie mogę nie wspomnieć o manii harlequinowej – po pokojach wciąż krążyły te romansidła, a dziewczyny w pewnym  wieku są bardzo podatne na takie bzdury. Wprawdzie nie byłam ich wielką fanką, ale z braku laku i takimi książkami się nie gardzi;) Dla kontrastu – inna mania to były horrory, te też krążyły po internacie i też je czytałam oczywiście. Czytałyśmy też „Filipinkę” i „Jestem”,  „Filipinka” to w ogóle było jedno z lepszych czasopism młodzieżowych, miałam jej całe roczniki, ale gdzieś przepadły. Potem pojawiły się licencyjne czasopisma typu „Bravo”, „Bravo Girl” – jak dla mnie mało strawne, ale też czytałam, kiedy ktoś przyniósł do pokoju, choć po prawdzie, to niewiele w nich było do czytania. Dobrze, że biblioteki miałam w bliskim zasięgu i zawsze coś tam w miarę wartościowego się trafiło. 
W opozycji do tych naszych romantycznych westchnień pojawiało się dość systematyczne doświadczenie spotykania tak zwanych zboczeńców;) Skupisko szkół i internatów przyciągało kilku ekshibicjonistów, którzy czyhali gdzieś za rogiem, czasami w biały dzień, a częściej po zmroku, i wyskakiwali przed dziewczyną lub grupką dziewczyn, pokazując, co według nich mieli najlepszego;) Dziewczyny reagowały oczywiście w korzystny dla zboczeńca sposób, czyli piskiem. Ale moja koleżanka z pokoju – Alinka – pewnego razu na ten widok, zamiast piszczeć, powiedziała tylko z przekąsem: maaaalutki! I poszła, wymijając ogłupiałego pana z rozpiętymi spodniami. W tamtym czasie Nowa Huta miała opinię dzielnicy niezbyt bezpiecznej. Nie odczuwałyśmy tego, ale też i nie łaziłyśmy po nocy i w miejsca, gdzie mogło być groźnie. 

Wakacje i ferie były czasem, kiedy dostawałam i pisałam sporo listów do koleżanek internatowych - jeszcze nam było mało, że cały rok szkolny jesteśmy ze sobą;) Najciekawsze listy dostawałam od jednej z Kaś – tej od Modern Talking i Dietera Bohlena…
Chciałabym coś tu pokazać:


To mój „historyczny kuferek”. Bardzo dawno do niego nie zaglądałam. Są tu różne papiery, listy, nawet świadectwa szkolne, indeks, stare kalendarzyki i notesy z notatkami i tym podobne pierdoły, które tam wrzucałam. Niektóre zupełnie niepotrzebne, ale do  niedawna miałam jednak manię gromadzenia rzeczy – bo żal, bo „przydasie” (teraz to zmieniam).


Zaczęłam przeglądać i czytać listy, jest tego masa, nie tylko z czasów szkoły średniej, bo pisałyśmy do siebie również dość długo po rozstaniu. Jest też korespondencja z koleżankami z klasy. Ale chyba najwięcej listów pisała Kasia, a miała do tego talent (chęć pokazania tego talentu okazuje się silniejsza niż dobre wychowanie i zasady tajemnicy korespondencji. Kasiu, wybacz, ale muszę:))



Ciekawe, kto rozpozna książkę, o której mowa?;)

Co roku miałyśmy przypięty na drzwiach w pokoju wielki arkusz brystolu, na którym każdy mógł się wykazać twórczą inwencją, więc pojawiały się tam przeróżne wpisy, nawet jeden z wychowawców coś tam naskrobał. Na koniec ten niby-pamiętnik zabierała do domu któraś z nas, Krysia twierdzi, że ja, a ja wcale tego nie pamiętam! W każdym razie oryginału nie mam żadnego, ale mam jedno zdjęcie.


Prawdziwy pamiętnik - dziennik też pisałam, zaczęłam go prowadzić właśnie w internacie, a skończyłam pisać, mając już za sobą kilka lat pracy zawodowej. Niestety, nie mogę znaleźć tego internatowego tomu. I ciekawa jestem, jaki wpływ na kształt tych wspomnień miałoby przeczytanie go teraz?
Moje 18 urodziny również świętowałam w internacie, choć nie była to typowa „osiemnastka”, nawet w tamtych czasach. Świętowałam skromnie, ale w ulubionym gronie i wspominam z rozczuleniem prezent, który był ze mną przez wiele następnych lat – piesek maskotka, o słodkiej mordce i długich, miękkich uszach. Na stole było jakieś ciacho z cukierni, kawa, napój gazowany, a z alkoholu – symbolicznie szampan;) Impreza oczywiście nie trwała długo ze względu na ciszę nocną i dziś myślę o niej z rozbawieniem – kto dziś byłby zadowolony z takiej osiemnastki? Ja byłam:)

Sporo czasu przeznaczałyśmy na naukę, choć mało o tym piszę;) Jednak w końcu po to tam byłyśmy. Jeśli chodziło się do szkoły na rano, trzeba było wykorzystać czas między 16.00 a 18.00,  potem w internacie było dość głośno, ciągle ktoś zaglądał, gadał. Dopiero około 21.00 można było bardziej się skupić, czy coś poczytać. Jeśli ktoś musiał, brał klucze od sali nauki – tam było spokojnie. Tam też często uczyłyśmy się z Krysią przed maturą. Jeśli zaczynało się lekcje po południu, trzeba było uczyć się rano, po 8.00 internat się wyciszał, większość osób była już w szkole. Ja nigdy nie miałam zmian popołudniowych. Rzadko też zaczynałam lekcje później, niż o 7.30. Moje LO było 2 osiedla dalej, ale jednak blisko. Mogłam jechać autobusem – 3 czy 4 przystanki, lub iść na skróty przez osiedla, co zajmowało jakieś 25 minut. Najczęściej właśnie chodziłam, po drodze zbierając 2 koleżanki mieszkające w starych blokach niedaleko szkoły. Z nimi właśnie się bliżej zaprzyjaźniłam, obie mieszkały w jednym ze starych bloków. Często bywałam u jednej lub drugiej, a one odwiedzały mnie w internacie. Jedna z nich to była właśnie Dorota, ta od telefonu, druga miała na imię Ania. Bliżej przyjaźniłam się z jeszcze jedną dziewczyną, Gosią. Klasa była prawie żeńska, ale dzięki zaledwie 2, a czasowo 3 „męskim dodatkom”  nauka była o wiele przyjemniejsza, niż kiszenie jedynie w babskim gronie;) Chłopcy byli zabawni i pełni uroku osobistego, a grono nauczycielskie, w większości damskie, było dość wrażliwe na ich prośby dotyczące na przykład przełożenia klasówki, z łatwością też zagadywali początek lekcji, uniemożliwiając przeprowadzenie rytualnego odpytywania;) Szczególnie młodziutka nauczycielka chemii łatwo ulegała ich wpływowi, ale nasza wychowawczyni - równie młoda rusycystka, także dawała się łatwo wkręcać. Były jednak 2 starsze profesorki, z którymi nie było dyskusji. Pierwsza – matematyczka (ciekawe, że nawet nazwisko miała związane z matematyką;)), druga – fizyczka. Niestety, akurat obie od przedmiotów ścisłych, z którymi większość klasy miała problemy, byliśmy bowiem klasą o profilu pedagogicznym i trafiły tu osoby o zainteresowaniach i zdolnościach raczej humanistycznych. W zasadzie profil pedagogiczny szedł takim samym programem, jak ogólny, jedynie z dodatkowymi przedmiotami w postaci psychologii i pedagogiki. Przedmiotów tych nauczała babka będąca pedagogiem szkolnym, ale nie miałam do tej kobiety serca, jakoś mało nadawała się akurat do tej roli. Jeszcze jedna starsza nauczycielka miała z nami historię, i widać było, że autentycznie jest to jej konik, potrafiła prowadzić piękne wykłady, można było jej słuchać i słuchać, ale była dość surowa i bałam się jej trochę; nie została z nami do końca LO, dostaliśmy jeszcze młodego historyka, dość wyluzowanego i niegroźnego;). Wychowanie fizyczne prowadził starszawy grubasek, choć dość wysportowany i wymagający, ja jednak od bodajże II klasy musiałam mieć zwolnienie z wf ze względu na silną krótkowzroczność, przeważnie więc siedziałam sobie na ławce z książką, a jeśli wf trafił się na początku lub na końcu, mogłam nie uczestniczyć w lekcji. Plastykę mieliśmy z nauczycielką, która chciała nam zaszczepić twórczego bakcyla, ale z miernym skutkiem, nie miała kobieta daru, niestety. Pamiętam, jak produkowałam prace dla koleżanek, a ona nie zorientowała się w ogóle, że autorką jest jedna osoba;) Biologiczka była ciekawym człowiekiem – nigdy nie można było wyczuć, w jakim jest nastroju, czasami dawała się zagadać, a czasami odpytywała bez litości; lekcje prowadziła ciekawie i to właśnie biologię wybrałam na pisemną maturę (matematyki się nie odważyłam – wtedy jeszcze na szczęście był wybór;))
Oprócz rosyjskiego, którego uczyła nasza wychowawczyni, miałam angielski, do którego nasza klasa  nie miała szczęścia. Nauczyciele zmieniali się niemal co roku, a bywało, że nawet 2 razy w roku, miałam więc spore braki, tak jak reszta klasy (przynajmniej ta część, która nie uczyła się dodatkowo), choć na świadectwach („historyczny kuferek”!) widnieją oceny dobre i bardzo dobre. Na maturze zdawałam rosyjski.
W tamtych czasach w LO była też praca – technika, pamiętam jakieś wyszywanki, które za mnie robiła mama – i któżby pomyślał, że tak potem polubię rękodzieło!;). Mieliśmy również muzykę, ale tej kompletnie nie pamiętam.
Najciekawszy okazał się dla naszej klasy język polski. Jednak nie od pierwszej klasy, bowiem początkowo mieliśmy ten zawsze lubiany przeze mnie przedmiot z nauczycielką, która potrafiła zanudzić człowieka na amen. Na szczęście po 2 latach zaszła w ciążę i na jej miejsce został przyjęty nowy nauczyciel. Rozczochrany, ciemnowłosy, wysoki mroczny chudzielec.

fragment ze zdjęcia klasowego oczywiście

Zaczął od nas wymagać myślenia, co mnie z jednej strony cieszyło i wprowadzało jakieś pozytywne emocje, a z drugiej strony powodowało obawy – bo jako osobie nadal  niepewnej siebie, z tendencjami do chorego perfekcjonizmu, z trudem przychodziło mi publiczne narażanie się na ewentualne pomyłki merytoryczne czy też błędy w rozumowaniu. Dlatego, ze strachu przed ośmieszeniem, gdybym ewentualnie się myliła, mruczałam coś sobie pod nosem, a siedząca obok koleżanka mówiła głośno;). Takie sytuacje dotyczyły z resztą również i innych lekcji, kiedy padały jakieś nauczycielskie pytania w przestrzeń, a nie indywidualne odpytywanie przy tablicy. W tych drugich przypadkach zazwyczaj nie mruczałam pod nosem, aczkolwiek  serce chciało mi wyskoczyć z piersi, a głos drżał nie mniej, niż kolana;)
Wróćmy jednak do polonisty, bo warto;) Wydaje mi się, że poważnym powodem, z jakiego poszedł on na polonistykę (czy też filologię polską), był fakt, że po prostu lubił czytać, a przy tym czytaniu lubił też myśleć.;) Widać to było szczególnie w jego stosunku do lektur, które musieliśmy omawiać,  a wiadomo, że niektóre bywają nieraz mało interesujące dla nastolatków. Z każdej jednak pozycji potrafił coś wykrzesać, nieraz dzięki niekonwencjonalnej formie zajęć. Bywało, że szliśmy do harcówki, która miała bardzo przyjemną atmosferę, albo w ogóle wychodziliśmy poza szkołę. Kiedyś przez całą lekcję słuchaliśmy muzyki, w jego wyborze. Przyznał się wówczas, że jego ulubionym zespołem jest „Joy Division”, którego nie znałam wówczas wcale. Puścił jakiś kawałek tej grupy i okazał się on mocno kompatybilny z  melancholijną aurą, jaką ten człowiek roztaczał. Był to nauczyciel, którego  nie obchodziło, w jakich zeszytach piszemy, ani nawet jak, dlatego okresowo miewałam np. zeszyty w kratkę, a na niektórych stronach pojawiały się jakieś bazgrołki (na przykład w jednym z zeszytów całą okładkę od wewnątrz zdobiły bardzo udane rysunki samochodów wykonane przez siedzących przede mną kolegów, oczywiście tworzone podczas lekcji; szkoda, że nie zachowałam tego zeszytu, a miałam go dość długo po zakończeniu LO). Język polski to był mój ulubiony przedmiot, ale oceny miałam oscylujące wokół 4, 4+. Miewałam piątki, szczególnie z prac pisemnych. W II i IV klasie miałam też 5 na półrocze i na koniec, co szczęśliwie uchroniło mnie od zdawania ustnej matury z polskiego. Pisemna została oceniona na celujący, choć niestety nie przyczyniło się to zbytnio do podniesienia wiary w siebie i swoje umiejętności. Wydaje mi się, że skalę oceniania 1-6 wprowadzono, kiedy byłam jakoś w II albo III  klasie. I znowu dzięki magicznemu „historycznemu kuferkowi” mogę pokazać coś ciekawego. W ogóle nie pamiętałam, że to zachowałam – w kuferku, za okładką starego kalendarzyka, znalazłam zatknięte swoje 3 wypracowania z polskiego, jedno z rosyjskiego i jedno z angielskiego (to ostatnie nawet wcale nie ocenione).
Takie na przykład tematy wymyślał polonista i tak potem te prace oceniał:


Z maturą mieliśmy przeboje, bo w tamtym czasie w szkolnictwie przechodziła fala strajków, a my do samego końca nie wiedzieliśmy, czy nasza szkoła przystąpi do strajku, czy też nie. I dosłownie dzień przed maturą okazało się, że jednak strajkujemy. Egzaminy zostały przesunięte i czekaliśmy, aż strajk się skończy, co nie trwało długo i w końcu nadszedł ten czas. Jak już wspominałam, pisemnie zdawałam biologię, i choć uczyłam się tej biologii dość uczciwie, to jednak obawiałam, się, czy moja pamięć udźwignie taki bagaż.  I muszę się przyznać, że zdałam ją głównie dzięki ściągom, jakie w ostatniej chwili dostałam od koleżanki przed wejściem na salę egzaminacyjną. Nie wiem, czemu miała akurat dwie takie same, ale faktem jest, że lwią cześć tematu po prostu spisałam. Do dziś nie wiem więc, czy zdałabym  maturę, gdybym tej ściągi nie miała. Może to, co miałam w głowie, wystarczyłoby na jakiś mierny, a może nie. Cóż… Ustnie zdawałam natomiast wcale  nie biologię, tylko psychologię, bo była taka możliwość, a z tym przedmiotem nie przewidywałam trudności, i słusznie. Z rosyjskim nie miałam nigdy problemów, więc maturę ogólnie zakończyłam pozytywnie,  jednak z dysonansem – z jednej strony ten celujący z polskiego, a z drugiej ta biologia zdana nieuczciwie na ocenę dobrą… Gratulacje dla najlepszych maturzystów odbierałam więc z uczuciami mocno mieszanymi. Na dodatek sama siebie musiałam jeszcze przekonywać, że ten celujący był słusznie przyznany.  Oceny najniższe i najwyższe z matury pisemnej musiały być konsultowane i zatwierdzane przez całą komisję egzaminacyjną i tylko ten fakt był przemawiającym do mnie argumentem. Owszem, można do takiego stopnia nie wierzyć w siebie…
Oczywiście maturę poprzedzała studniówka. Początkowo miałam zamiar nie iść – z prostego powodu – bo nie miałam z kim (hehe, mieszkając w internacie koedukacyjnym, znając tylu chłopaków;)) W końcu jednak, po namowach jeszcze 2 koleżanek, które postanowiły pójść same – zdecydowałam się do nich dołączyć. I całe szczęście, bo studniówka okazała się bardzo udana, bawiliśmy się głównie razem, całą klasą, wiele osób było bez partnerów, nigdy nie zapomnę tańczonego już na sam koniec, boso, w jednym kole „Forever Young” Alphaville.
Przed maturą każdy rocznik LO, zgodnie z wieloletnią tradycją, jechał do Częstochowy na całonocne czuwanie. Wieloletnia tradycja nakazywała również zabranie ze sobą napojów wyskokowych, o czym dowiedziałam się z niemałym zdziwieniem. Ja w tamtym czasie w ogóle nie piłam alkoholu, więc nie dołączyłam do grupy podtrzymującej tradycję. W zasadzie czas ten spędziłam z Krysią, bo i ona była wtedy na tej pielgrzymce maturzystów i pamiętam głównie, jak siedzimy pod jakąś kolumną na karimatach, usiłując nie zasnąć;)

No a potem… Potem musiało zacząć się już naprawdę dorosłe życie.

Poszłam na studia, Krysia do studium, jej siostra Alina bardzo szybko wyszła za mąż i  urodziła dziecko – pierwszego z trzech synów! Potem były śluby kolejnych dziewczyn, rodziły się następne dzieci, wydarzały się rzeczy smutne i wesołe. 

A nasz polonista? Porzucił szkołę i wraz z dwoma swoimi uczniami założył …kabaret. Taaak. Ten mroczny i melancholijny wielbiciel Joy Division był założycielem Formacji Chatelet, występował w skeczach, pisał teksty (ich pierwszy program zdobył Grand Prix przeglądu kabaretów PaKA !) Już od dawna nie jest w jej składzie i nie wiem, co się z nim później działo.

Z Krysią utrzymuję kontakt do dziś, aczkolwiek głównie telefoniczny. Mieszkają z mężem na wsi i z upodobaniem prowadzą spore gospodarstwo. Mają 2 dorosłe córki, prześliczne dziewczyny i bardzo zdolne. W zasadzie Krysia nic się nie zmieniła. Jest tak samo pozytywnym, optymistycznie nastawionym do życia człowiekiem, jak w czasach licealnych.

Ja chyba jednak mocno się zmieniłam, choć Krysia twierdzi, że kiedy ze sobą rozmawiamy, to wydaje się, jakbyśmy się rozstały wczoraj. Też mam takie uczucie:)


I to koniec kolejnej wspominkowej serii, którą postanowiłam tu zamieścić dla swojej głównie przyjemności. A jeśli ktoś przeczytał i wytrwał do tych napisów końcowych, to bardzo mu dziękuję!
Pozdrawiam wiosennie, choć za oknem ...biało!