...

piątek, 5 listopada 2010

Nadrabianie zaległości

Uzbierało się ich trochę...
Przede wszystkim będę się chwaliła i dziękowała;)
Na pierwszy ogień niech idzie Mira,  która  zrobiła mi piękny prezent. Wiedząc, jak bardzo podobały mi się mitenki, które wydziergała, zaproponowała, że zrobi je również dla mnie! Znalazłam wełnę w antracytowym kolorze, wysłałam Mirce, a ona po niedługim czasie przysłała mi takie śliczności:
Są pięknie wykończone, bardzo, bardzo mi się podobają!
Ale to nie koniec - Mirka podarowała mi jeszcze cudną ramkę, do której wpasował się doskonale wydruk retro z paryską operą (jakoś mam niedosyt pamiątek z Paryża po tej mojej zabawnej wyprawie  czerwcowej;)) Dziękuję jeszcze raz, Mirko kochana:)

Kolejna sprawa, to wyróżnienie, jakie otrzymałam w Miejscu Sympatycznych Klimatów
Dziękuję serdecznie! Powinnam teraz przekazać to wyróżnienie kolejnym blogom, ale wiele z tych, które chętnie bym obdarowała, nie przyjmuje już wyróżnień, a inne zostały już w ten sposób docenione! Tak więc pozostaje mi jeszcze raz bardzo podziękować za ten miły gest:))))

A teraz trochę dekoracji domowo - jesiennych:
Zebrane już dawno hortensje wyschły na pieprz i w końcu musiałam się zabrać za ich "zagospodarowanie";)


Część wykorzystałam do wianka:


Nareszcie mogłam wyeksponować miniaturowe owocki i ptaszka od Madziki:)

Pozostałe hotrensjowe kwiatostany wykorzystałam do bukietu, który stanął na... lodówce;) No, nie jest to może ciekawe miejsce, ale ten kąt kusi, by coś w nim ustawiać, więc stanął w nim bukiet w wiaderku, a na jego tle butelki i banieczkę, które to starocie dostałam od mamy - wyszła całkiem fajna kompozycja:)


Wiaderka mam nawet dwa - też od mamy, która spotkała je w zwykłym wiejskim sklepie tzw. "żelaznym" i natychmiast zakupiła, słusznie przypuszczając, że spotkają się z moim uznaniem;)
W drugim wiadereczku płoną klonowe liście:


Jesień więc przyszła...
W tygodniu słuchałam sobie pewnej audycji trójkowej  i pan Piotr Kaczkowski powiedział coś takiego: "Idzie jesień, trzeba nam więc ciepłych słów..." A potem puścił tę piosenkę:




Gdy już apteki przenika październik
I nie ma leków na smutek i katar
Jedyny Stwórca dał nam medykament
To w szklance mocna, gorąca herbata

Gdy z fortepianem się w domu zamykam
To śpiewam głośno na chwałę czajnika
Układam sonet z herbacianych listków
Na dobrotliwy czajnik z gwizdkiem

Wypływa na senne morze
Cudowny, blaszany parowiec
W obłoku pary odmienia
Serca zmartwione jesienią

Tak pięknie pachną w blaszance
Indie i chińskie latawce
Tak pięknie pachną

Kiedy w miłosną wpadniesz katastrofę
Gdy cię choroby zginają jak klamkę
Niech na ratunek bieży pogotowie
Z pełną po brzegi czaju filiżanką

Wypływa na senne morze
Cudowny, blaszany parowiec
W obłoku pary odmienia
Serca zmartwione jesienią

Tak pięknie pachną w blaszance
Indie i chińskie latawce
Tak pięknie pachną w blaszance

Wypływa na senne morze
Cudowny, blaszany parowiec
W obłoku pary odmienia
Serca zmartwione jesienią

Tak pięknie pachną w blaszance
Indie i chińskie latawce
Tak pięknie pachną

Ma klimacik ta piosenka, oj ma...  A powstała dobrych parę lat temu;)

Jesień, jesień, a za pasem...

...kolejna pora roku...
Trzeba się zabierać do przygotowania prac na kolejny kiermasz na rzecz dzieci z mojego Ośrodka. Na razie jest gwiazdkowo i choinkowo, a planach aniołkowo;)

W związku z tym, że wkrótce mojemu blogowi stuknie roczek,  przygotowuję też moje pierwsze candy:) Mam nadzieję, że ogłoszę je w jednym z kolejnych postów!
Tymczasem pozdrawiam Was bardzo ciepło i życzę udanego weekendu:)))

sobota, 23 października 2010

Pięć kobiet i Julia oraz brunetka wieczorową porą;)

 źródło: film.wp

Od kiedy dowiedziałam się, że Julia Roberts ma zagrać bohaterkę powieści Elizabeth Gilbert, nie mogłam się doczekać ekranizacji „Jedz, módl się, kochaj”. 

źródło: film.wp

Książkę czytałam dość dawno, jej lektura pozostawiła w mojej pamięci dobre wrażenia. Jako, że Julia Roberts już od wielu lat jest jedną z moich ulubionych aktorek,  jej udział w tej produkcji bardzo mnie ucieszył i poszłam do kina zwłaszcza z tego powodu;) Poszłyśmy sobie z koleżanką na seans do małego kina, w godzinach niezbyt popularnych – bo południowych (mam taki jeden dzień w tygodniu, kiedy kończę pracę już koło południa – co za radość;)) Na seansie było dokładnie 5 osób, wszystkie płci żeńskiej ;) - 2 panie w wieku między 50 a 60, my – powiedzmy „po 30” i jedna młodsza dziewczyna. Film na kolana mnie nie powalił, ale oglądało się go miło i czas się nie dłużył, choć seans trwał ponad 2 godziny.  I cóż? – Julia Roberts jest niezwykłą osobą. Bez niej film byłby chyba trochę mdły. W ogóle dobór obsady wg mnie bardzo trafiony, najbardziej rozbawił mnie Szaman – jest rewelacyjny!;) Nie zdarza mi się często, by ekranizacja  powieści podobała mi się tak, jak literacki oryginał, ale w tym przypadku porównanie wypada całkiem korzystnie, pewnie dlatego, że autorka książki miała spory wpływ na scenariusz. Ładne zdjęcia, sensowne przesłanie, nienarzucająca się muzyka –  mnie film się podobał, choć recenzje zbiera niespecjalne;) Ale ja jestem tylko zwykłą dziewczyną potrzebującą czasami obejrzeć piękną bajkę… Bo pomimo pewnych, dość okrojonych, filozoficznych odniesień, ten film to dla mnie ładna bajka.  I takie bajki lubię, chętnie też obejrzę ją za jakiś czas ponownie. Choć muszę wyznać, że i tak moją ulubioną bajką pozostaje na zawsze „Amelia”, którą pocieszam się dość systematycznie, kilkanaście razy w roku;)

A teraz brunetka wieczorową porą, czyli anielica kuchenna vel Tilda plażowiczka po urlopie;) Zdjęcia robione w świetle niestety nie naturalnym, więc i niespecjalne.



 Jest też blondynka...;)

Blondi to szczuplejsza wersja uszyta specjalnie dla mojej przyjaciółki, już pilnuje jej kuchni:)

Pozdrawiam weekendowo i życzę Wam pięknej niedzieli:)))

niedziela, 17 października 2010

Przegląd prasy i pracy;)

Kilka dni nieobecności i zaraz takie zaległości w blogach się robią, że strach! Strach, bo zamiast robić coś, co zwalam na sobotę przez cały roboczy tydzień, spędzam niechcący znowu parę godzin przy komputerze,  z wypiekami na twarzy czytając Wasze nowe posty... A sobota to u mnie tzw. dzień wewnętrzny;) To znaczy, interesantów wolę nie przyjmować (czytaj: Goście mile widziani w niedzielę;)), szwendam się po domu w stroju niedbałem;) usiłujac: ogarnąć bałagan, uprać, umyć co trzeba itp., przy okazji upiec chleb (wciągnęło mnie to!), w międzyczasie przygotować się do pracy na kolejny tydzień, dokończyć różne sprawy pozaczynane w tygodniu, poudzielać się w życiu rodzinnym...itd...  Pogoda była taka sobie, na szczęście nie padało i nawet słońce wyglądało od czasu do czasu, zrobione więc przeze mnie pranie mogło sobie podeschnąć na wietrze. 


Przy okazji pochwalę się balią, którą dostałam od wujka. Latem robiłam w niej pranie - na tarasie;) Parę zdjęć ogrodowych też oczywiście musiałam zrobić, cóż - jesień idzie, nie ma na to rady... 






Tak właśnie spędzałam wczorajszy dzień, umilając sobie go dodatkowo zerkaniem do zakupionej  jakiś czas temu ostatniej "Werandy Country" i pożyczonego od przyjaciółki "Mojego mieszkania". Pewno wszyscy już ten numer Werandy mają, mnie tym razem rzuciła się w oczy reklama pewnego sklepu z przyjemną aranżacją przedpokoju i łazienki - namierzyłam nareszcie kinkiet do łazienki, tylko drogi dość, jak na moje możliwości...


Jak zwykle w "Werandzie" - wiele pięknych miejsc i zdjęć;  w tym momencie to moje ulubione czasopismo wnętrzarskie. Swoją drogą, jest teraz tego cała masa, to znaczy takich gazet. Pamiętam, kiedy pojawiły się "4 Kąty" - nowość na rynku - wieki temu;) Wtedy się zaczęło - prenumerowałam prawie od początku; potem "Ładny Dom" - też mam kilka roczników, sporadycznie kupowałam też inne pojawiające się wnętrzarskie czasopisma. Potem, sporo później - "Weranda",  no i "Weranda Country". Teraz muszę przyznać, że większość tych gazet przeglądam w sklepie, czekając na autobus, a kupuję tylko wtedy, gdy bardzo mnie coś zachwyci. Natomiast "Werandzie Country" nie umiem się oprzeć i kupuję zawsze - no bo jak tu się nie skusić;)


W tej pożyczonej gazetce też coś fajnego znalazłam:



A na koniec coś z szycia. Wreszcie udało mi się dokończyć królicze rodzeństwo - pozuje do zdjęcia razem, ale wkrótce zostanie rozdzielone;)


Muszę się też pochwalić czymś, co wyszukała dla mnie Przyjaciółka! 


Na pudełku napisano, że jest to "cedzidło";) Zupełnie niechcący zakup ten okazał się gratisowy;);  kosztował kilkanaście zł., więc cena była bardzo korzystna, ale pani kasjerka przez nieuwagę nie skasowała go wcale. Moja przyjaciółka, osoba uczciwa, wróciła do sklepu, żeby uregulować należność, nie spotkała się jednak ze zrozumieniem;) Pani kasjerka bowiem wyparła się zdarzenia (zapewne z lęku przed reperkusjami) i tym sposobem mam prezent, choć trochę głupio wyszło;)
To tyle na dziś. 
Pozdrawiam Was najcieplej jak się da:)

poniedziałek, 11 października 2010

Kolejny miły poniedziałek!

Miły, bo dotarła dziś do mnie przesyłka z jesiennymi pocieszkami wygranymi u Madziki :)
Oprócz miniaturowych owoców - jabłuszek i gruszek, dostałam inne cuda - na przykład śliczne serwetki z jesiennymi motywami, słodką zamykaną maleńką skrzyneczkę ( i teraz... I am The Queen!;))), filcowe listki - zawieszki, słodkiego malutkiego ptaszka z drewna, piekną kartkę z ciepłymi slowami od Madzi... A z resztą zobaczcie same:







Dziekuje, Madziu!!!!!!!!!
A teraz nie moge nic napisac wiecej bo cos sie podzialo z klawiatura, zaden polski znak nie dziala jak powinien, litera z zamienila sie z y miejscami, inne litery i znaki tez  swiruja!!!!  
Pozdrawiam serdecznie i znikam!


poniedziałek, 4 października 2010

Coś miłego na początek tygodnia:)

 ......czyli:
 niespodzianka od Agi z bloga Ścieżką Ku Pełni :)
No, może nie do końca niespodzianka, bo postanowiłyśmy sobie zrobić małą wymiankę i troszkę wiedziałam, co tam będzie, ale nie całkiem;)
Po rozpakowaniu  pięknie wyglądającego pakieciku



ukazały się  cuda:


Komplecik biżuterii (tego się spodziewałam, ale nie przypuszczałam, że będzie taki uroczy!)



Ale to nie koniec - oprócz bransoletki i naszyjnika - niepodziewajki: saszetka zapachowa o nucie gardenii (bardzo oryginalny zapach!), ślicznie ozdobione spinacze i na dodatek 2 serweteczki z koronką:) 

Aguś, bardzo Ci dziękuję i serdecznie pozdrawiam:)))))))
   

niedziela, 26 września 2010

Na chwilę przed odlotem...


...wśród ptasich gniazd...
w zawiłym horoskopie
na tysiąc lat
w otwartym nagle oknie
w cieniu za firanką
wsród ludzi na przystanku
w słońcu i we mgle

szukaj mnie
cierpliwie dzień po dniu
staraj się podążać moim śladem
szukaj mnie
bo sama nie wiem już
bo nie wiem
kiedy sama się odnajdę


Pamiętacie ten kawałek? Przypomniał mi się, kiedy przygotowywałam zdjęcia do wklejenia, a właściwie to początek tej piosenki bardzo mi pasował do zdjęcia powyżej;)
Jesienne klimaty na wszystkich prawie blogach, trudno - muszę chyba jakoś sie zmusić i polubić jesień. Ostatni tydzień był cudny. Poranki lekko mgliste, z perlistą rosą na kwiatach i trawach, później - ciepłe, łagodne godziny ze słońcem, słońcem... Taka jesień mogłaby sobie być... Postanowiłam nie oglądać, ani nie słuchać żadnych prognoz pogodowych;)

Ptaki rzeczywiście szykują się do odlotu.

 
  
 Głównie szpaki gromadzą się w coraz większe stada.

 

U mnie też ostatnio trochę "odlotowo":



Skrzydła anielskie, przy szyciu których złamałam igłę i przeszyłam sobie palec;) NAPRAWDĘ NIE WIEM, JAK TO ZROBIŁAM! Nawet nie bolało... w pierwszej chwili;)

Potem krew się polała obfita, ale na szczęście biel skrzydeł pozostała nieskalana. Palec zakleiłam, igłę wymieniłam i dokończyłam pracę:) Później zrobiłam sobie chwilę przerwy, parę dni obchodziłam maszynę z daleka, dopiero wczoraj usiadłam i co? Coś się porobiło i rwie mi nici... Nie umiem tego wyregulować, maszyna jest stara i dotąd była sprawna, ale teraz to już nie wiem... Pewnie coś trzeba ustawić. Za wiele do ustawiania w tym sprzęcie nie ma, więc niby powinnam sobie poradzić - próbuję, ale po chwili w miarę równego szycia nagle szarpie i nić górna zerwana... Oby udało mi się coś wydumać, bo sporo szycia miałam w planach.

Jeszcze przed skrzydłami uszyłam anieliczkę w niebieskościach i "koniecznie żeby miała długie włosy;)" - na zamówienie pewnej 4,5 - latki:

 

 Z tymi włosami to problem mam, na razie robię ze sznurka, ale włóczkowe byłyby na pewno lepsze - muszę chyba spruć jakiś stary sweter;)

A teraz coś z innej beczki - zabierałam się od jakiegoś czasu do upieczenia chleba na zakwasie - dostałam od koleżanki pół słoika zakwasu, stał sobie w lodówce i mrugał do mnie za każdym razem kiedy ją otwierałam;) Wreszcie nabrał chyba mocy urzędowej i upiekłam swój pierwszy chleb na zakwasie! W zasadzie okazało się, że przepis jest banalnie prosty (jeśli ma się zakwas), wykonanie chleba nie jest wcale pracochłonne, a jedynie czasochłonne, bo wyrabia się go wieczorem (tak najlepiej), wkłada do foremek, czeka ok. 10 godzin i piecze. Zakwas to po prostu trochę ciasta odłożonego z wyrabianej masy, nie trzeba go dokarmiać ani w ogóle się nim przejmować - w innych przepisach wygląda to zupełnie inaczej. W każdym razie przechodzę do meritum: chleb wyszedł bardzo smaczny, część poszła niemal na ciepło;)



 Po upieczeniu chleba siłą rozpędu ukręciłam jeszcze ciasto ze śliwkami  - w tym roku u mnie nie ma w ogóle tych owoców, a w ubiegłym - drzewa sie uginały... Kupiłam więc sobie te śliwki z myślą o pojadaniu w drodze z pracy, ale okazały się tak kwaśne, że nadawały się jedynie do przeróbki;) Ciasto zrobiłam zupełnie "na oko", taka babka ucierana łyżką w misce, a wyszło całkiem udane, aż się zdziwiłam;)



 Strasznie długo piszę tego posta - znowu jakoś inaczej wstawia się zdjęcia i normalnym trybem za nic nie mogłam tego zrobić, muszę najpierw dawać do netowego albumu i dopiero adres do bloga, a wcześniej tak ładnie i szybko mi się wstawiało... Teraz ładuje mi się i ładuje... Niezależnie od przeglądarki, próbowałam na trzech... Na dodatek nie chce się tekst wyjustować, tylko cały czas równa mi do środka, wrrrrrr!!!! Albo coś dziś z bloggerem się dzieje, albo już sama nie wiem.. Cóż - musi zostać tak jak jest, choć drażni mnie to okropnie!

Już całkiem na koniec mała kompilacja zdjęć z ostatniego tygodnia - ta rosa poranna na różach była bardzo kusząca;)


Udanego nowego tygodnia życzę wszystkim:))) 

wtorek, 21 września 2010

Jest!

Moja wygrana cieszy już mnie "na żywo";) Dostałam wczoraj paczuszkę, w której była... kolejna paczuszka, pięknie opakowana:

A po rozpakowaniu ukazała się:

Skrzyneczka z niespodzianką!



Skrzyneczka oczywiście piękna i praktyczna, a niespodzianka pachnąca lawendą...

Dziękuję Ateno :)))


I jeszcze pokażę nowego Śpiocha uszytego jakiś czas temu:






To ostatnie dni kalendarzowego lata... Pogoda wprawdzie już od dawna dość jesienna, ale dziś było wyjątkowo pięknie... Ciepło, słonecznie... I ja też pozdrawiam Was  ciepło i słonecznie! :)

wtorek, 14 września 2010

A dzisiaj jest...

14 września, czyli losowało się candy u Ateny! I się wylosowało coś dla mnie! Jestem przeszczęśliwa! Pierwszy raz coś wylosowałam, a na dodatek jest to śliczna szkatułka na krawieckie przydasie! (oj, przyda się na pewno;)) Dziękuję z całego radosnego serca:)))


fotka pożyczona od Ateny 



czwartek, 2 września 2010

Zielone drzwi


Kapie mi na klawiaturę. To nie deszcz, skończyłam własnie czytać ostatnią książkę Grocholi. Nie wiem, co ze mną jest nie tak. Nie płaczę, kiedy czytam o nieszczęśliwej miłości, nie płaczę kiedy oglądam łzawy z założenia melodramat. Nie płaczę wtedy, kiedy czytam o ludzkich nieszczęściach, choć nieraz z trudem się powstrzymuję. Ryczę jak bubr i moczę niezliczoną ilość chusteczek, kiedy sprawa dotyczy cierpienia i odchodzenia zwierząt. Zarówno w świecie zmyślonym, jak i rzeczywistym. Czytałam parę książek Grocholi - tych lekkich, łatwych, i tych trochę cięższego kalibru. Teraz - autobiograficzne "Zielone drzwi". Autorka pisze o swoim życiu, ciekawie i z dystansem. Rzeczy zabawne i przyjemne przeplatają się z sytuacjami dramatycznymi, czasami niesamowitymi. Czyta się łatwo, jak to Grocholę, jest trochę wzruszeń, śmiechu. A na koniec znowu przywaliła mie opisem odchodzenia psa, który z resztą już kiedyś umieściła w jedej z książek o Judycie. No i rozbeczałam się znowu jak głupia...

Książkę warto przeczytać, nawet jeśli nie lubi się tzw. "literatury kobiecej"(ja tam luuubię;)) Kasia Grochola bowiem mądrym człowiekiem jest:) A ja na dodatek mam do niej dość osobisty stosunek. Pamiętam, kiedy czytając "Nigdy w życiu", nagle rzuciłam się do stosów "Ładnego Domu" i po dłuższym przekopywaniu roczników, z triumfem wyciągnęłam numer z felietonem o tym, "Jak Kasia dom zbudowała". Pamiętałam zdjęcie rozczochranej, kręconej brunetki, zdaje się z kielnią i pustakami i burzliwą historię powstawania jej małego domku, którą to historię, jak się okazało, wspomniana Kasia wykorzystała później do napisania książki. Nie wiem, czemu tak się ucieszyłam, że odnalazłam ten artykuł. A może wiem... Pewno dlatego, że historia opisana w książce okazała się być w większej części prawdziwą! A ja na dodatek rozszyfrowałam to, zanim zaczęto o Grocholi mówić.

Pamiętałam również o Grocholi, kiedy zaczęłam coraz bardziej realnie myśleć o budowie swojego małego domku. Plany stawały się coraz bardziej rzeczywiste, a ja zmieniłam powoli swoje życie. Choć nie tak spektakularnie, jak w powieści, ale też przy ogromnej pomocy innych - moich Rodziców, Przyjaciół. Tak niepostrzeżenie... i oczywiście BEZ POSPIECHU;) Nie wiem kiedy, czy jeszcze w fazie projektu, czy już kiedy powstawały pierwsze ściany mojego domu, zobaczyłam oczyma wyobraźni DRZWI do mojego domu. Były ZIELONE. Od zawsze. Wciąż mówiłam o tym, że będę miała zielone drzwi. Niestety, jak to często bywa w życiu (a rzadziej w książkach;)) kupiłam w końcu drzwi niezupełnie zielone... No, one w ogóle nawet nie stały obok zielonych;) Ale były drewniane, tak jak chciałam, a cena dla mnie jeszcze do przełknięcia. Zdecydowałam się je kupić, z silnym postanowieniem przemalowania ich w przyszłości na właściwy kolor. Po jakimś czasie mój nieoceniony Tato przytargał jeszcze niepotrzebne nikomu, stare drewniane drzwi, które niby tymczasowo miały zamykać wejście do piwniczki (jest na zewnatrz domu). Drzwi były tak zdarte i brudne, że koloru nikt by nie odgadł. Co się okazało po oczyszczeniu? Że są zielone... Na pewno ich już nie wymienię.

No i tak czytam sobie dziś tę końcówkę książki Grocholi i fragment o powodach, dla których książka powstała: po prostu - "ku pokrzepieniu własnego serca"! Autorka pisze : "Chciałam przypomnieć sobie rzeczy dobre, które mnie spotkały". Wydaje mi się, że to całkiem niezłe wytłumaczenie. Może gdy będziemy szukać tych dobrych rzeczy w naszym życiu i pamiętać o nich, wtedy te złe, które też się przecież dzieją, będą łatwiejsze do zniesienia...

"The Green Door" to tytuł jednego z opowiadań O. Henry'ego.

A ja muszę w końcu kupić zieloną farbę!


środa, 1 września 2010

Od rana...

chodzi za mną ta piosenka: