...

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Spacerkiem przez sierpień i trochę głowologii


W świecie blogowym i pozablogowym rozpoczęło się właśnie odliczanie dni do końca lata. Jedni się smucą, inni cieszą, a jeszcze inni popadają w melancholię i zadumę. Nie da się ukryć, że coraz chłodniejsze poranki i noce, w przyrodzie też powoli widać przemianę. Ale u mnie w tym roku wyjątkowo jeszcze bardzo zielono, a przecież nieraz w sierpniu było już sporo żółtych liści, szczególnie na brzozach. Pewnie dlatego że upalne okresy przeplatały się w mojej okolicy z obfitymi opadami i nie zagroziła nam susza. Na dodatek, wszystkie burze krążące często po sąsiedztwie, omijały jakoś moją wioskę i żadna nawałnica nie zaszkodziła ludziom i roślinom. Raz tylko od pioruna zapaliło się ściernisko, ale na szczęście bardzo szybko zostało ugaszone. 
Ja w melancholię ani smutek nie popadam, bo jak tu się smucić, kiedy wokół urok późnego lata i sierpniowa obfitość natury?


Stoję na ścieżce w warzywniku i śmieję się sama do siebie, jak głupi do sera;) Trudno uwierzyć, że coś tak wspaniałego może powstać prawie z niczego. Bez większego wysiłku, bez mozolnego przekopywania ziemi, bez wypatrywania i usuwania najmniejszego chwaścika. Wiedziałam, że w końcu trafię na właściwą drogę;) Tą drogą okazała się permakultura, choć na początku nawet nie wiedziałam, że zaczynam ją stosować. Chciałam jak najmniejszym wysiłkiem uzyskać jak najlepsze efekty, więc zamiast robić kolejny kompostownik gdzieś w kącie ogrodu (jeden taki mam, ten pierwszy), zaczęłam wyrzucać wszelkie odpadki kuchenne i resztki roślin, w tym skoszoną trawę, liście (część jesienią, część po wiosennych porządkach) i przycinane gałązki krzewów, wprost na ziemię w miejscu, gdzie chciałam coś później posadzić (wtedy jeszcze nie wiedziałam, co, myślałam bardziej o roślinach ozdobnych).


To tegoroczna nowa grządka:)


Sterta sobie rosła, rozgrabiałam ją czasami, ale częściej rozgrabiały ją sąsiedzkie kury;). W kolejnym roku na części tej sterty posadziłam już dynie, a ziemniaki same wykiełkowały z wyrzucanych resztek. Miejsce było zajęte, więc kolejne resztki i odpadki wyrzucałam obok, poszerzając w ten sposób mój niby – kompostownik. Potem wpadłam na pomysł, żeby sąsiadujący trawnik przykryć grubszym kartonem, pod którym powoli trawa sobie zgniła, a dżdżownice i inne organizmy zrobiły resztę – i zyskałam kolejne miejsce z dobrą ziemią i prawie bez wysiłku. W ten sposób powstał całkiem spory kawał bardzo dobrego podłoża pod sadzenie roślin. Zabezpieczony przed niechcianymi roślinami poprzez ściółkowanie skoszoną trawą albo kartonami. Oduczam się określenia „chwast”, bo przecież wszystkie rośliny mogą być użyteczne. Jak nie dla ludzi, to dla zwierząt, albo ziemi. Permakultura to zupełnie inne spojrzenie na uprawę. To szacunek do tętniącej życiem ziemi, do otoczenia. To zaprzestanie stosowania trujących chemicznych oprysków i sztucznych nawozów. To bioróżnorodność.







W tym roku mam cudowny warzywnik. Sielski, z kwiatami, ścieżkami. I zdrowym, pięknym jedzeniem.



Kryjówka dla drobnych żyjątek, ostatnio widziano tam małą ropuszkę:)


Od tego się zaczęło – od chęci lepszego odżywiania. 
Bo w międzyczasie podziały się w moim życiu różne rzeczy, których już staram się nie oceniać, a które sprawiły spory zamęt – nie tylko w codzienności, ale i w sferze duchowej (że tak pojadę górnolotnie;)) W każdym razie te rzeczy sprawiły, że bardzo się zmieniłam. I zmieniam się nadal, bo to jest taka zmiana, że jak już się w to wskoczy, to nie ma odwrotu:) Zaczęło się od tego, że chciałam odzyskać zdrowie i dobre samopoczucie. Poszukując potrzebnych informacji, trafiałam na kolejne książki, blogi, które jakoś dziwnie prowadziły do jednego – trzeba się przyjrzeć temu, co się je, oraz – co jeszcze ważniejsze – temu, co się ma w głowie…
Minęło trochę czasu, o zmianach w moim odżywianiu już pisałam.
Nadal nie jem glutenu, a z produktów pochodzących od zwierząt mam w domu masło klarowane (ale bio, które ma całkowicie inny smak od marketowego), miód z zaprzyjaźnionej pasieki, jajka od sąsiedzkich kur, które przychodzą gościnnie na moje grządki;) albo z innego źródła, ale od kur biegających po ogrodzie. Od czasu do czasu jem kozi ser – tylko z Kanionkowa:) Kiełkuje jednak w mej głowie myśl, by i z tych smakołyków zrezygnować.
Największe zmiany odczułam po zaprzestaniu jedzenia mięsa. I powiem tylko tyle, że zmiany w sferze zdrowia fizycznego, to przy tym pikuś;) Dziś myślę, że to był największy i najbardziej trafny krok wyprowadzający z nerwicy lękowej.
I mogłabym teraz ciągnąć temat, ale wtedy ten post byłby już zdecydowanie zbyt długi:) Może więc dalszy ciąg głowologii będzie kiedy indziej, natomiast teraz jeszcze tradycyjnie coś z szycia:



Pozdrawiam wszystkich czytających i życzę miłości wokół siebie i w sobie!

5 komentarzy:

  1. Aż trudno uwierzyć (mnie, totalnej ogrodniczej ignorantce), że ten cudowny ogród wyrósł z niczego i na starych kartonach. Toż to magia! Albo Natura... Nic dziwnego, że nie opanowała Cię melancholia i przedjesienny smutek. W takim otoczeniu, to naprawdę byłaby profanacja.
    Kiedy dzisiaj, zaraz po pracy przysiadłam na moment, żeby odsapnąć przed kolejną porcją codziennej bieganiny w Trójce zabrzmiała ta właśnie piosenka ( https://www.youtube.com/watch?v=OFCC8ZDHlNM ), a potem zaczęłam czytać Twój komentarz pod moim ostatnim postem i tak mi to się w jedno połączyło, że musiałam dodać od razu tę melodię z dedykacją dla Ciebie. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Wydaje mi się, że ta piosenka bardzo do Ciebie obecnej pasuje. Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero dziś odpisuję, ale piosenkę wysłuchałam wcześniej, bardzo ją lubię!:) Dziękuję!!!
      Natura jest wspaniała i madra. Na szczęście ludzie przekonują się, że warto do niej wrócić, a nie zmieniać ją na siłę wg swego widzimisię. W zasadzie Człowiek to też część tej natury i nie da się dobrze żyć w oddzieleniu od niej.
      Buziaki:)

      Usuń
  2. Kiedyś też wyrzucałam na grządki wszystkie odpadki. Teraz ograniczyłam się do skoszonej trawy. Trudno bowiem wyciągnąć ziemniaki spod dużego krzaka jagody amerykańskiej...
    Wspaniałe plony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Oj, rzeczywiście trzeba uważać, gdzie i co się wyrzuca. Dwa lata temu miałam właśnie ziemniaki w gęstwinie dyniowej, wszystko z resztek wyrzucanych jesienią i zimą na pryzmę. Dynie urosły całkiem spore, częścią ziemniaków musiałam dzielić się z myszami albo nornicami:)
      Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny:)

      Usuń
  3. Piękna ta Twoja głowologia, Aga, i jak smaczna:))) Zbieram się na maila do Ciebie, a tu u mnie znowu wieści niemiłe, więc na razie tylko wypisuję się na blogu i wysyłam S.O.S. Pozdrawiam serdecznie i najlepszego zdrówka życzę!:)

    OdpowiedzUsuń