...

sobota, 25 lutego 2017

Staroci część II


Aż do końca szkoły podstawowej rzadko opuszczałam dom. Byłam tylko parę razy u cioci w Nowej Hucie. Ciocia miała córkę w moim wieku. Znałyśmy się dobrze i lubiły – cała rodzina spędzała większość wakacji na wsi u naszej babci – rzut beretem od mojego domu. Te wyjazdy były raczej krótkie, parę razy zabrano mnie do kina, trochę poznałam życie miejskie, ale raczej od strony osiedlowych blokowisk. Może raz byłyśmy na Rynku w Krakowie. Centrum miasta znałam bardziej z wyjazdów z mamą – co jakiś czas musiałam jeździć do okulisty, więc przy okazji trochę chodziłyśmy po mieście. Taki wyjazd to w ogóle była niezła przygoda. Najpierw trzeba było lecieć do autobusu – z 3 kilometry, potem godzina jazdy (wtedy jeszcze nie było korków;)). Wysiadałyśmy na dworcu głównym, którego ważnym obiektem był nieistniejący już bar Smok.

Fot. Krzysztof Kowalczyk

Dziś stoi tu Galeria Krakowska i wszystko wygląda zupełnie inaczej…
Właśnie do tego mlecznego baru kierowałyśmy swe pierwsze kroki. Tam, przy stoliku nakrytym ceratą, jadłyśmy śniadanie – ja zawsze bułkę z pastą jajeczną i kakao:)
Potem załatwiało się, co trzeba, robiło jakieś zakupy ubraniowo – spożywcze, jeśli wystarczyło czasu, to jadło obiad w jakimś innym barze po drodze (ruskie albo naleśniki) i około 15.00 wracało w okolice Pawiej, skąd jeździły autobusy robotnicze. Tym bowiem środkiem transportu ludność wiejska zwykła podróżować;) Tak to wtedy wyglądało – „pekaes” jeździł rzadko albo wręcz był odwoływany co i rusz, pozostawało więc wpychać się do autobusu wożącego robotników. Wiele osób pracowało w Krakowie, mój tato również. Te przedsiębiorstwa miały własny transport, a kierowcy chętnie zabierali podróżnych, bo mieli dodatkowy zarobek. Dopychano więc ludzi, ile się dało;) Dość długo na wieś jeździły poczciwe „ogórki”:




Śmierdziało w tych autobusach niemiłosiernie, a ja cierpiałam na chorobę lokomocyjną i – cóż, woreczki foliowe (przepraszam;)) bywały często w użyciu. Trudno się dziwić, że te wyjazdy były dla mnie sporym przeżyciem;)
Bodajże po klasie VI pojechałam po raz pierwszy i ostatni na letnie kolonie - do Torzymia pod Zieloną Górą. O mamusiu, jak ja to przeżyłam strasznie! Przez pierwszą połowę z tych 3 tygodni niesamowicie tęskniłam za domem. Kwaterowaliśmy w jakiejś szkole, kilkunastoosobowe sypialnie urządzono w salach. Nie potrafiłam się w ogóle zaaklimatyzować społecznie, wszystkiego się bałam i wstydziłam, trochę zaprzyjaźniłam się jedynie z jedną dziewczyną, podobną do mnie w tych kwestiach;) Ale okolica była śliczna – wokół lasy i jeziora, organizowano sporo wycieczek – obiektywnie rzecz biorąc, powinnam być zadowolona. Niestety nie byłam. Wszystko przez tę nieśmiałość, brak obycia, lękliwość. 
Poza tymi wyjazdami byłam raz w naprawdę wielkim mieście – w Warszawie. Pod Warszawą mieszkała moja inna ciocia, z jej córką utrzymywałam luźny kontakt, była ode mnie starsza. Pojechałam do nich na tydzień chyba, wujek obwoził nas po mieście, byłam w Wilanowie i paru innych miejscach. To było już pod koniec szkoły podstawowej.




… a potem skończyłam klasę VIII i…

jeszcze mała dygresyjka;)

Nie wiem, jak to jest teraz, ale wtedy w szkole podstawowej popularne były pamiętniki. Miałam i ja oczywiście. Wpisywały się koleżanki, rzadziej - koledzy, a często nauczyciele. Dwa pamiętniki mam do dziś. Z jednego usunęłam później wpis kolegi (młoda byłam i głupia, panie tego;), wydawało mi się, że za bardzo osobisty i ktoś jeszcze może pomyśleć coś... Eh, ale to były czasy zabawne...)
Te dwa pamiętniki pochodzą z ostatnich lat podstawówki i początków szkoły średniej.







Wracamy do tematu.
Wybrałam liceum o profilu pedagogicznym (chyba tylko dlatego, że mama była nauczycielką, bo żadnych innych powodów nie widzę, nie widzę też przede wszystkim żadnych predyspozycji;)) Od razu było wiadomo, że muszę mieszkać w internacie, bo dojeżdżać się od nas nie dało. Liceum było w wielkim mieście Nowa Huta;) 
Zamieszkałam więc w internacie…
Kierownikiem był osobnik żywo przypominający Pieroga z Jeżycjady (kto czytał, ten wie, o co chodzi) – zażywny, ciężki i łysy jegomość (o ksywie Łysy  - rzecz oczywista), a wychowawców było kilkoro, głównie kobiety, ale było też chyba z 3 mężczyzn.
Internat był koedukacyjny, pierwsze i drugie piętro zajmowali chłopcy, a na trzecim mieszkały dziewczyny. Na drugim piętrze, na wprost schodów (ważne miejsce strategiczno – obserwacyjne, zwłaszcza w koedukacyjnej placówce;)) była dyżurka wychowawców.
O godzinie 6 rano była pobudka ogłaszana, o ile pamiętam, dzwonkiem, po którym wychowawcy przechodzili jeszcze przez korytarze i budzili zaspaną młodzież. Przeważnie ograniczali się do stukania w drzwi, ale była też jedna starsza babka, o przezwisku – przepraszam niestety, ale – Ciota;), która wbiegała z krzykiem do pokojów, rozsuwała zasłony, otwierała okna, a czasami i zrzucała z delikwentów kołdry. Było to dość nielitościwe, zważywszy, że niektórzy uczyli się na zmianę popołudniową i do szkoły szli np. na 12.00. Z takimi działaniami ruszała też na piętra chłopaków, aż do momentu, w którym jeden z nich zrobił jej niespodziankę, kładąc się do łóżka goły. Ciota odrzuciła kołdrę… i cóż, wybiegła z pokoju zszokowana i oburzona;) Ciota lubiła też sprawdzać czystość i porządek w pokojach -  raz myślałyśmy, że zrobi dziurę w stole, bo w poszukiwaniu brudu tak długo tarła palcami o blat – ale, ku jej niezadowoleniu, blat okazał się być czysty;)
Wyposażenie sal było skromne: tapczany nakryte kraciastymi kocami, szafki nocne, zwane przez nas „nakastnikami” lub „nakastlikami”;), ścienne nieduże półki, duża szafa płycinowa i wielki stół na metalowych nogach. Pościel przywoziłyśmy własną, podobnie, jak obrus, zasłony czy firanki. U chłopaków najczęściej okna były łyse, a stoły nigdy nie widziały obrusa;
Oczywiście, w ramach obłaskawiania tak niemiłego wnętrza, ściany na poziomie lamperii obrastały w plakaty, a na półkach obok książek pojawiały się jakże lubiane wówczas ozdoby w postaci pustych opakowań po dezodorantach;)
Łazienka była wielką, zimną salą, z rzędami umywalek pod ścianami, oraz dwoma brodzikami – początkowo nawet bez żadnych zasłon. Woda bywała gorąca w godzinach albo nocnych, albo baaardzo wczesnoporannych, a kiedy się już trafiła w innej porze, leciałyśmy wszystkie się wykąpać lub przynajmniej umyć głowę, ale zazwyczaj trzeba było się myć w letniej, albo wręcz zimnej. Ubikacje były koszmarne, wiecznie zapchane i z otwierającymi się drzwiami. W ogóle budynek wyglądał mało przyjaźnie, ale tak było raczej wszędzie. Wejścia strzegł portier, zwany Dziadkiem, ten z kolei – jak sobie teraz uświadomiłam – podobny był do kolejnej postaci z Jeżycjady – woźnego Jankowiaka;) W holu na parterze rezydowała para dyżurnych – każdy z mieszkańców miał okazję pełnić tę funkcję, przy tym, o ile dobrze pamiętam, wiązała się ona z usprawiedliwionym zwolnieniem ze szkoły w tym dniu, co było przyjemne;) Dyżurni np. biegali do po osoby, do których ktoś przyszedł w odwiedziny (do sal nie wolno było wchodzić obcym). 
Patrząc z perspektywy, moment, w którym trafiłam do internatu zapoczątkował trwające do dziś wspaniałe zjawisko. Otóż – czuję się osobą niezwykle obdarowaną szczęściem do spotykanych na swej drodze ludzi!
Moją współlokatorką została dziewczyna, którą określić mogę mianem bratniej duszy. To był cud, bo bałam się przeokropnie tego wszystkiego – nowa szkoła, internat – do tego internat koedukacyjny, z mieszanką ludzi z techników, zawodówek różnych maści i w tamtym momencie chyba 2 sztuki z liceum, właśnie Krysia no i ja. Krystyna chodziła jednak do innej szkoły (nasze licea nie miały własnych internatów, tylko miejsca w różnych tego typu placówkach).
W pokoju było nas w sumie cztery: Krysia,  Kasia ze szkoły chemicznej, Ula – zdaje się, że z odzieżówki, ale już tego nie pamiętam, i ja. Tak się złożyło, że wszystkie od razu bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, co nie było wcale regułą w internatowych zwyczajach;). Krystyna – śliczna ciemnowłosa dziewczyna o bardzo opiekuńczej, życzliwej naturze, racjonalnym podejściu do życia, mocnym charakterze, a jednocześnie wrażliwa i marzycielska,  Ula – na początku bardzo cichutka, aczkolwiek, jak się później okazało, wcale nie nieśmiała, o wyglądzie przypominającym niektórym Oshin (kto pamięta ten serial?)


...Kasia,  ufna, słodka romantyczka zakochana w Dieterze Bohlenie



...ale nie gardząca również śmiało rozwijającą się wówczas muzyką Disco Polo, patrząca na świat  przez różowe okulary – przez pierwszy rok wspólnego mieszkania stworzyłyśmy zgraną paczkę.


W kolejnym roku w internacie zamieszkała siostra Krystyny, Alina. Pokoje w tym czasie przeorganizowano z cztero- na trzyosobowe, musiałyśmy więc trochę pogłówkować, żeby nam się nadal tak miło żyło. Za obopólnym porozumieniem Alina dołączyła do mnie i Krysi, a Kasia i Ula zamieszkały z drugą Kasią – bardzo do nas pasującą koleżanką Aliny ze szkoły odzieżowej. Tak powstały 2 zaprzyjaźnione składy. Kolejna Kasia, która miała w zasadzie na imię Marta, ale nigdy nie używała tego imienia, była skromną, prostolinijną, rozsądną i pogodną dziewczyną. Siostra Krysi – Alina, niewysokie, roześmiane i piegowate dziewczę z  masą wdzięku i uroku osobistego, wprowadziła w naszą dość spokojną internatową egzystencję masę atrakcji, była bowiem typem niezwykle śmiałym, towarzyskim i łatwo nawiązującym kontakty.
Czasy internatowe – zupełnie nieoczekiwanie - okazały się dla mnie cudowną przygodą! Owszem, trzeba było wkuwać, ale ten obowiązek osładzało kwitnące życie towarzyskie. Wspominam je jako pasmo nieustannego śmiechu, wygłupów i zabawy:)

Wszystkie oprócz Uli. Napis na taśmie z papieru toaletowego głosi: "THE CURE" ;)))

Krysia, Kasia - romantyczka i ja boczkiem;)

z Krysią na moim tapczanie:)

Zapraszamy do reklamy:)


Z Krysią i Aliną przed internatem. W bluzie Krysi;)
W tamtych czasach zdecydowanie wolałam siebie bez okularów...


Ciąg dalszy.... nastąpi:)

czwartek, 9 lutego 2017

Znowu starocie



Wyznam szczerze: ten wpis miał być o czymś zupełnie innym. Mam za sobą trudny czas, naprawdę trudny. Ale chyba jeszcze muszę się zastanowić, czy pisać o tym wszystkim na blogu.
Może jednak kiedyś napiszę, bo wydaje mi się, że komuś to się może przydać.


Mam teraz więcej wolnego i niedawno przeglądałam albumy ze zdjęciami, więc to pewnie dlatego zachciało mi się znowu wrócić do przeszłości.

Tak sobie pomyślałam, że żyję w ciekawych czasach. Potem pomyślałam sobie, że moi rodzice też żyli w ciekawych czasach. Kolejna myśl dotyczyła  moich dziadków, którzy – jakże zaskakujące;) – żyli według mnie w bardzo w ciekawych czasach. Następnie doszłam do wniosku, że mogłabym tak się cofać do pra pra pra pra i jeszcze raz praprzodków i zawsze można byłoby powiedzieć, że żyli oni w ciekawych czasach;)
A dziś temat bliski osobom urodzonym w okolicach końca lat 60 – tych i początku 70 – tych.
Czas, który niestety, a może na szczęście;) dla mojej pamięci poukładał się w zlepek własnych wspomnień, opowieści rodzinnych, kadrów z seriali i filmów o tamtych czasach. I już sama nie wiem, co jest prawdą, a co sobie moja pamięć przywłaszczyła po kilkukrotnym  obejrzeniu „Daleko od szosy”;)



No żartuję sobie teraz, ale naprawdę niektóre fragmenty tego serialu przyprawiają moje serce o drżenie i wywołują dziwne uczucia. Może dlatego, że widzę w tych klimatach moich rodziców – pięknych, młodych i zdrowych, cieszących się życiem pomimo różnych trudności peerelowskich? 
Kiedyś już pisałam o moim wczesnym dzieciństwie, które spędziłam u dziadków, i choć nie było mi tam źle, to bardzo długo pierwszym wspomnieniem z tamtych czasów było  uczucie przejmującej tęsknoty za rodzicami. Psycholog miałby zapewne wiele do powiedzenia o wpływie takich sytuacji na rozwój dziecka;)
Wkrótce po powrocie od dziadków  poszłam do przedszkola i po roku - do szkoły. Byłam bardzo nieśmiała, wstydliwa, słabo nawiązywałam kontakty z rówieśnikami. Nie rzucało się to tak w oczy, bo umiałam się maskować, unikałam z wielką umiejętnością sytuacji dla mnie niewygodnych i wszystko dusiłam w sobie. Uciekałam w świat książek i czytałam bez umiaru - w domu kiedy tylko się dało,  w nocy pod kołdrą przy latarce (swoją drogą od wielu osób słyszę, że wpadły dokładnie na ten sam pomysł;)), w szkole na każdej przerwie, a bywało, że i na lekcjach. Biblioteka była moim ulubionym miejscem w szkole. Dziś widzę, jak słabo była wyposażona, jak przypadkowe książki się mi trafiały, jakie później miałam braki w lekturze (bo że w księgarniach przez długi czas wiele nie było, to nie musze nawet pisać, jedynie dzięki „znajomej” sprzedawczyni mój tato zdobył dla mnie  - spod lady - kilka tomów „Ani…”, dlatego poznałam jej historię zaczynając od „Ani na uniwersytecie”, a pierwszą część to chyba przeczytałam pod koniec). Jednak każdy wyjazd mamy do miasta nie obył się bez nowej książki, a nawet kilku. Od czasu do czasu przyjeżdżała też kuzynka z miasta z jakąś książką z jej biblioteki (tak zetknęłam się po raz pierwszy z Musierowicz – była to „Szósta klepka”, która wywołała u mnie spazmy zachwytu;)) Kuzynka niestety przyjeżdżała rzadko, a czytać to lubiła tak sobie… Dostałam też stosik książek od mojej innej kuzynki, starszej o 6 lat, kiedy ona już z nich „wyrosła”.
Kiedy byłam w I klasie, urodził się mój brat, o całe 7 lat młodszy ode mnie. Jak to bywało w tamtych czasach, musiałam się nim zajmować, a najlepiej wychodziło mi usypianie – zasypiał w wózku i pomagało mu w tym energiczne bujanie. Wyglądało to tak, że siadałam na krześle przy wózku, na wózku opierałam swoje stopy, do rąk brałam książkę i tak sobie czytałam, poruszając wózek z zawartością napędem nożnym;) Bratu to nie przeszkadzało…
Chyba byłam dziwnym dzieckiem, bo nawet podręczniki do języka polskiego wzbudzały we mnie przyjemny dreszczyk emocji, przeważnie dostawało się je już przed wakacjami od starszego rocznika i do września miałam przeczytane w całości;) Cóż, te książki były dla mnie po prostu ciekawe. I jak ładnie ilustrowane! Np. uwielbiałam "Mam 6 lat" właśnie za te slodkie ilustracje:






"Litery" tez były niczego sobie:





A tu miałam podwójne wydanie, różniły się niewiele.







Nie znalazłam jeszcze "W szkole i na wakacjach", też była świetna.


Wkrótce oczywiście  okazało się, że muszę nosić okulary, doszedł więc kolejny powód do wstydu – tak to wtedy bywało, do tego okulary wtedy były okropnie nietwarzowe, wystarczy przypomnieć sobie Kukulską z czasów „Puszka – Okruszka”;): 


Tak wyglądałam jeszcze bez okularków, chyba w czasach przedszkolnych:


Byłam w III klasie, kiedy przeprowadziliśmy się do własnego domu. Budowany był typowo dla tamtych lat - systemem gospodarczym, głównie przez mojego tatę. Działka była od dziadków, położona blisko ich siedliska. Budowa domu to była cała epopeja, ciężko było o materiały, wprowadziliśmy się po 7 latach od rozpoczęcia budowy, nadal nie mieliśmy łazienki, bo woda w kranie nie miała odpowiedniego ciśnienia, wodę do mycia grzało się na piecyku elektrycznym w wielkim garze, w kuchni stanął blaszany piec na węgiel, była też mała kuchenka gazowa, a gaz z butli (tak jest u nas na wsi dotychczas), kiedy gaz się kończył, trzeba było zamawiać przywóz nowej butli, chodziło się do sołtysa, bo tylko on miał telefon, albo dzwoniło się ze szkoły;). Na szczęście było już centralne ogrzewanie. Meble mieliśmy mocno kombinowane, było bardzo biednie, ale radość z własnego domu była ogromna, choć wykańczaliśmy go przez wiele kolejnych lat.  Przeprowadzka spowodowała, że droga do szkoły wydłużyła mi się dwukrotnie. Najpierw szło się przez wieś. Nie było jeszcze asfaltu, droga była kamienista, nieraz zdarzało się znalezisko w postaci kamienia z błyszczącymi kryształkami. Kawałek za wsią skręcało się w wąziutką ścieżkę między polami i tak dochodziło się do gospodarstwa, od którego ciągnęła się szersza, ubita droga, łącząca się już ze zwykłą drogą, prowadzącą do szkoły. Zimą droga bywała ciężka - zaspy, albo błoto. Najmilej wspominam wędrówki ścieżką pod koniec lutego, kiedy słońce mocno grzało, puszczały lody, śnieg topniał i ciurkając, spływał wąziutkimi strumyczkami w pola. Często śpiewały już skowronki, a powietrze pachniało wiosną, czułam wtedy ogromną radość. Później, w okolicach maja i czerwca, droga była równie przyjemna, zboża wyrastały za kolana, robiło się z nich „trąbki”;) Nie wiem, czy to ktoś zna? Po prostu zrywało się łodyżkę, odgryzało część bez „kolanek” i powstawał taki niby gwizdek;)  Przychodził w końcu czas, że do szkoły szło się „z gołymi nogami” – oznaka zbliżającego się lata i wyczekiwanych wakacji. Jesienią z kolei w gospodarstwie mijanym po drodze zbierało się jabłka – niesamowicie ogromne, nie wiem, co to była za odmiana, dawno takich nie widziałam, kształt miały podłużny, a smak wyjątkowy.
Z nauką nie miałam problemów, bo szczerze mówiąc, poziom był niski, a dodatkowo, jako dziecko nauczycielskie, byłam traktowana pobłażliwie, choć ustne wypowiedzi z powodów lękowych już wtedy wypadały gorzej, niż pisanie.
 Jakoś tak chyba w IV czy V klasie dostał nam się nowy „pan od muzyki”. Na umiejętności nauczycielki, która wcześniej została ubrana w ten niewdzięczny (dla niej wyjątkowo) przedmiot, spuśćmy zasłonę milczenia;) Nowy pan grał na pianinie, świetnie śpiewał i wkrótce został założony chór szkolny. Załapałam się, choć nie bez oporów. Ale co innego śpiew solowy, a co innego w chórze, więc jakoś się przemogłam. Głosik miałam dość cichy, ale słuch bardzo dobry, barwa do wytrzymania, więc dało radę. Próby wyglądały tak, że najpierw śpiewaliśmy to, co lubimy, potem „pan od muzyki” produkował się solo w aktualnych przebojach (do dziś brzmi mi  głowie jego „Jolka, Jolka, pamiętasz…;)), a potem ćwiczyliśmy repertuar na akademie lub wyjazdy konkursowe. Obstawialiśmy nawet festiwale piosenki harcerskiej, choć do Harcerstwa mało kto z nas należał;) Ja na przykład – nie – a mundurek harcerski miałam pożyczany w razie potrzeby. Raz nawet zdobyliśmy III miejsce w przeglądzie piosenki harcerskiej w Krakowie, a więc przy dość dużej konkurencji – co znaczy, że prezentowaliśmy chyba całkiem dobry poziom;)
W tym samym chyba czasie zaczęła uczyć w naszej szkole nowa polonistka, pani Teresa, osoba młoda, dość ekstrawagancka (jak na nasze wiejskie standardy lat 70 – tych;)) Ciemnowłosa, ostrzyżona na nastroszonego jeżyka, ubrana zupełnie inaczej, niż wszyscy, była powiewem innego świata. Razem z mężem (też nauczycielem) i małą córeczką mieszkała „u ludzi” (podobnie, jak i wcześniej my), bo wtedy takie były warunki – gmina wynajmowała przyjezdnym nauczycielom mieszkania w domach. A że na wsi budowało się wówczas domy wg jednego projektu (prawie), to w każdym z takich domów „dół”, czyli parter, a czasami nawet i sutereny, użytkowane były przez gospodarzy, a „góra” – piętro – przeważnie było puste i zimą nieogrzewane, lub też trafiała się okazja do zarobienia – właśnie dzięki napływowym nauczycielom. Niekiedy trafiała się w tych domach nawet prawdziwa łazienka, niestety  nie nam;)
Jako jedyna z grona pedagogicznego, pani Teresa wymagała ode mnie więcej, niż od innych, ale też i motywowała do pracy. Byłam u niej kilka razy w domu – pierwszy raz piłam tam kakao z pianką, czyli z bitą śmietaną – u mnie w domu jakoś się nie robiło takich smakołyków. Podobało mi się jej mieszkanie – urządzone zupełnie inaczej, niż wszędzie. Brak było typowych meblościanek, królowały sosnowe półki z książkami, zamiast tradycyjnej wersalki stało drewniane proste łóżko nakryte wełnianą (chyba) narzutą). Pożyczała mi książki, a miała wiele tych dla dzieci i młodzieży.
Z całej szkoły podstawowej są to najmilsze wspomnienia – Pani Teresa,  te próby, wyjazdy, i jeszcze 2 sławetne przedstawienia, przygotowane na coroczną zabawę choinkową (zawsze na koniec pierwszego semestru odbywała się taka zabawa – najpierw część artystyczna, później zabawa taneczna dla uczniów, a potem dla dorosłych). Jedno przedstawienie to była „Balladyna”, w swobodnej muzyczno – słownej interpretacji;), a drugie – „Kopciuszek” w podobnej wersji, (zdaje się Brzechwy – było też takie przedstawienie w tv), oba występy odniosły szalony sukces, oczywiście bez mojego udziału, bo aktorskich doświadczeń sobie poskąpiłam, ale śpiewałam tam w chórkach, a próby, jak i same przedstawienia były przezabawne.

Zapomniałabym o jeszcze jednej atrakcji szkolnej, jaką były wizyty kina objazdowego. Taaak… Odwoływano lekcje, wszyscy schodzili z krzesłami do sali gimnastycznej, zaciągano zasłony, rozwieszano wielki ekran i… Przeważnie były to czechosłowackie wersje baśni – emitowała je też telewizja swego czasu, najbardziej utkwiła mi w pamięci „Piękna i Potwór”,  („Piękna i Bestia?”), pięknie nakręcony film, z poruszającą muzyką i specyficznym klimatem.


No a potem skończyłam klasę VIII i trafiłam z małej wioski do wielkiego miasta;)
O czym ciąg dalszy nastąpi... prawdopodobnie:)

Pozdrawiam:)

PS Czy takie długie wpisy nie są przypadkiem zbyt nużące dla potencjalnych odbiorców?